Szymon Groenke: Tęsknisz czasem za karierą profesjonalnego strzelca – szczególnie z okresu 1.6, gdy kolekcjonowaliście tytuły, byliście na fali, zapisywaliście się na kartach historii?


Mariusz ‘Loord’ Cybulski: Nie będę ukrywał, że tak. Mimo iż bycie trenerem jest również super doświadczeniem, to jednak stojąc za plecami chłopaków, odczuwam zupełnie inne emocje, niż uczestnicząc samemu w grze. Trochę brakuje mi tego dreszczyku przy bardzo ważnych rundach, kiedy wiesz, że twoje dalsze losy w turnieju mogą zależeć od jednego czy dwóch headshotów.

 

No właśnie. Po zakończeniu czynnego grania, rozpocząłeś karierę trenera. Skoro już wspomniałeś coś na ten temat: czym, na Twoim przykładzie, różni się samo odczuwanie atmosfery, napięcia z perspektywy Loorda jako zawodnika i Loorda jako trenera?


Faktycznie są to zupełnie inne emocje, ale to nie znaczy, że nie ma ich w ogóle. Będąc za plecami zawodników podczas meczu, kiedy coś zaczyna nie wychodzić, czuję lekką bezsilność, ponieważ wiem, że to oni, a nie ja muszą strzelać „hedy”. Pomimo to, miewam momenty, w których przeżywam pojedynek tak samo lub nawet mocniej niż oni! Dla mnie bardzo ważne jest też, żeby chłopaki czuli we mnie oparcie, więc staram się nie ponosić zbytnio negatywnym emocjom. 


Samo pojawienie się w drużynach osoby trenera, zmotywowane szybkim rozwojem Global Offensive, to bardzo ciekawe zagadnienie. Jakie są Twoje zadania w Teamie Kinguin?


Każda drużyna wykorzystuje trenera w inny sposób. U jednych jest on bardziej kimś w rodzaju menagera, u innych trener robi rzeczy bardziej związane z samą grą. Moją rolą w Team Kinguin jest przygotowanie zespołu od strony taktycznej – czyli wprowadzanie nowych granatów, zagrań, czy nawet całych taktyk od podstaw. Jest to zadanie bardzo czasochłonne i wiem, że mało jest osób, które lubią to robić. To dużo bardziej monotonne zajęcie niż samo granie. Ja robiłem to jednak w poprzednich drużynach, więc nie jest to dla mnie męczące i wydaję mi się, że robię to dobrze. Do tego zajmuję się analizą gry przeciwników, szukam ich słabych punktów oraz czasem staram się pomagać Szperowi w dowodzeniu podczas meczów – odpowiednim doborem taktyk pod rywala.

 

Jakiś czas temu w jednym z wywiadów – w kontekście nieodpowiednich warunków na niektórych turniejach – stwierdziłeś, że trenerzy z czasem będą znaczyć coraz więcej, a organizatorzy dadzą im więcej możliwości. Wtem VALVE postanowiło drastycznie ograniczyć rolę trenera w formacji.


Nie przypominam sobie tego wywiadu, ale jeśli tak powiedziałem, to byłem w błędzie. VALVE ograniczyło trochę możliwość komunikacji na linii trener-gracze w czasie meczu, przez co jest to dużo trudniejsze niż wcześniej, ale nie niemożliwe. Przede wszystkim zmieniło się to, że trenerzy stali się bardziej ludźmi od tej „brudnej roboty”, której nie widać podczas spotkań. W naszej drużynie musieliśmy zmienić In Game Leadera, ale wydaję mi się, że wyszło nam to na dobre. Dużo łatwiej jest dowodzić formacją, mogąc uczestniczyć w meczu. Mając w głowie pomysł, lepiej go wykonasz, wiedząc dokładnie, co chcesz osiągnąć, czując timing itd.

 

Co dalej z podobnymi przepisami? Jaka jest przyszłość trenerów na scenie CS-a?


Nie mam pojęcia, co dalej. Nie ja o tym decyduję. Uważam, że w niektórych drużynach trenerzy maja bardzo dużą rolę i wpływ na formę zespołu. O to, czy tak jest również u nas, musiałbyś spytać samych zawodników.

 

Od tego czasu rolę IGL-a w ekipie przyjmowało kilka osób. Aktualnie jest nim Szpero. Radzi sobie z takim ciężarem? Uważasz, że większe skupienie na stronie taktycznej może pogorszyć jego wyniki strzeleckie?


Myślę, że Szpero doskonale odnalazł się w tej roli. To nie jest tak, że Grzesiek, będąc IGL-em, ma teraz mniej czasu na ćwiczenie indywidualnej formy strzeleckiej. Szpero po prostu wybiera, jaką taktykę najlepiej wykorzystać w danym momencie. Faktycznie trochę utrudnia to skupienie na własnej grze, ale moim zdaniem radzi sobie z tym świetnie. Jestem z niego dumny.


W czasach 1.6 postać trenera drużyny była rzadkością – częściej mówiło się po prostu o menagerach. W okresie PGS-u mieliście swojego ryana, w MYM-ie TwAiZz-a, który sporadycznie występował nawet w oficjalnych meczach. Jak z perspektywy czasu wspominasz ich wkład w zespół? Przygotowując się do opieki nad formacją, wyciągnąłeś jakieś wnioski z przeszłości?


Tak, jak powiedziałeś, kiedyś nie było trenerów. Byli menagerowie. Myślę, że wtedy nie było nawet osób, które nadawałyby się do takiej roli. Dziś również nie zawsze jest to jasne. Niektóre ekipy trenerem ustanawiają kogoś, z kim po prostu lubią spędzać czas na wyjazdach. Nawiązując jeszcze do przeszłości. Moim zdaniem – właśnie z powodu coachów – dzisiejsze drużyny mają w dużym stopniu ułatwione zadanie. 

 

Clutch Meister. Z tego, co pamiętam tytuł ten na dobre przyległ do ciebie po wygranym przez was finale WCG 2009 w Chinach. Mecz z fnatic do dziś zresztą, po tylu latach, uważam za jeden z najbardziej emocjonujących pojedynków w historii CS-a. W dużej mierze dzięki Tobie i szalonym akcjom 1vsX. Często ratowałeś swoich kolegów z opresji. Czułeś się wystarczająco doceniany jako członek zespołu?


Tak, WCG 2009 i to słynne „Co jest GeT_RiGhT”... Podzielam Twoje zdanie co do meczu. Był to dla mnie prawdopodobnie najbardziej emocjonujący pojedynek w karierze. Jeśli chodzi o clutche, to faktycznie bardzo dobrze się w nich odnajdywałem. Zawsze starałem się myśleć w sposób, w jaki w danej sytuacji myślałby przeciwnik. To był chyba klucz do sukcesu.


Czy czułem się doceniony jako zawodnik? Jako drużyna zawsze sobie powtarzaliśmy, że nie jest ważne to, co myślą o nas inni, tylko to, co my sami o sobie wiemy. Ludzie z zewnątrz nie zawsze rozumieją, ile pracy trzeba włożyć, aby dojść na szczyt. Widzą tylko to, co jest pokazane na streamie, nie zdając sobie sprawy z masy godzin poświęconych na treningu czy opracowywaniu taktyk. Wydaję mi się, że w tamtym okresie dawałem drużynie bardzo dużo i tylko to się dla mnie liczyło.

 

 

 

 

W jednym z archiwalnych wywiadów stwierdziłeś, że tym, co sprawiało, że myślałeś o końcu karieru gracza – jeszcze w okresie grania w G5 – była najczęściej zła atmosfera w drużynie. Mouz w rozmowie z nami stwierdził, że jako trener bardzo o nią dbasz.

 

Atmosfera na pewno ma wpływ na to, jak chętnie przychodzisz na trening. Nie jest tak, że bez odpowiedniego klimatu w grupie nie da się wygrywać – dla mnie jest to mit poparty doświadczeniem. To nie było tak, że w byłym G5 mieliśmy beznadziejną atmosferę. To oczywiście nieprawda. Spędziliśmy ze sobą mnóstwo świetnych chwil, które pewnie zapamiętamy do końca życia. Mimo to zdarzały się momenty, kiedy tworzyły się oddzielne obozy i nieprzyjemne sytuacje, a nie zważając na to, i tak potrafiliśmy zebrać się w kupę i wygrywać turnieje. Chęć wygrywania okazywała się silniejsza niż jakieś prywatne spięcia. Nauczony doświadczeniem staram się unikać konfliktów w Kinguin. Jestem jednak zdania, że porządna kłótnia może przynieść czasem więcej dobrego niż złego. Oczywiście jeśli obie strony konfliktu potrafią słuchać siebie nawzajem.

 

Koniec roku to czas podsumowań. W Team Kinguin, szczególnie przez ostatnie miesiące, działo się dużo. Oczy polskich fanów CS-a nie są już zwrócone wyłącznie na Virtusów, ale również na was. Daliście scenie nadzieję na kolejną polską formację światowego formatu. Jakie wydarzenie związane z „Pingwinami” zapisało się w Twojej pamięci najbardziej?


Najbardziej w pamięci zapisało mi się przegrane spotkanie z Virtus.pro podczas SLTV w czerwcu. Mieliśmy na tym turnieju świetną formę i wierzyłem, że uda nam się urwać chociaż mapkę. Niestety, doświadczenie chłopaków z niedźwiedziem na klacie zrobiło swoje. Było to dla mnie bardzo emocjonalne przeżycie, ponieważ pierwszy raz stanąłem przeciwko graczom, z którymi osiągałem największe sukcesy. 

 

A jak po czasie wspominasz pojedynek z Virtusami w ramach WESG?

 

Nie każdy o tym wie, ale nie było mnie z chłopakami na meczu. Musiałem wrócić do Polski na ślub przyjaciela, więc ciężko mi ocenić to spotkanie. Jeśli pytasz, czy dużo nas dzieli od pokonania Virtusów, szybko odpowiem. Na pewno są to lata świetlne doświadczenia i podejścia do samej gry. Jeśli chodzi natomiast o aspekt czysto strzelecki, uważam, że nasza drużyna ma dużo większy potencjał.

 

W jednej z rozmów sprzed kilku miesięcy Szpero wspomniał, że Waszym celem jest wzbicie się do tier1. Jesteście już naprawdę blisko. Zbliżające się turnieje mogą wiele zmienić.


Tak, jesteśmy blisko – można powiedzieć, że na wyciągnięcie ręki. Teraz wszystko jest zależne od nas. Wiem jednak, że to wciąż bardzo długa droga – nie jest trudno wspiąć się na szczyt, najtrudniej jest się na nim utrzymać.

 

Przed Wami światowe finały 23. sezonu ESEA w Stanach Zjednoczonych, a także WESG w Chinach. W zeszłym roku również odwiedziliście kilka międzynarodowych turniejów. To początek regularnych występów na globalnych zawodach?

 

Oczywiście, będziemy starali się uczestniczyć w jak największej liczbie turniejów zagranicznych. Miejmy nadzieje, że w tym roku odwiedzimy ich dużo więcej niż w poprzednim i będziemy mogli pochwalić się jeszcze lepszymi wynikami!

 

Zgodzisz się, że po tym, jak VG.CyberZen ogłosiło, że nie pojawi się w Burbank, staliście się największymi faworytami w drodze po złoto ESEA? Z jakim nastawieniem podchodzicie do tych zawodów, a szczególnie przeciwników pokroju Bravado czy Tainted Minds?


Podchodzimy do tego turnieju tak samo, jak do każdego innego, czyli damy z siebie 120%! Nie można lekceważyć żadnego przeciwnika, więc na zawodach staramy się myśleć tylko o kolejnym meczu. Nie warto kalkulować i zastanawiać się, co dalej. Na pewno są to rozgrywki, w których stać nas na zwycięstwo, jednak dla mnie najważniejsze jest tutaj zdobycie slota w ESL Pro League w konfrontacji przeciwko LDLC!

 

A finały WESG? Muszę przyznać, że Grupa C wygląda dość solidnie. Przygotowujecie się jakoś specjalnie na wylot do Changzhou? Pula nagród robi ogromne wrażenie.


Na pewno WESG jest ważniejszym turniejem ze względu na dużo większy prizepool. Pech chciał, że obie imprezy są jedna po drugiej i nie możemy się solidnie przygotować do występu w Chinach. Na pewno damy z siebie wszystko i postaramy się na bieżąco dodać jakieś fajne, zaskakujące zagrania. Jeśli chodzi o przygotowanie pod przeciwników, to nie chcę nic zdradzać!

Jako trener dużo czasu spędzasz na analizach gry innych zespołów. Jesteś na bieżąco, a graczom przyglądasz się z innej perspektywy niż zwykły widz. Jaki zespół i zawodnik w tym roku zrobił na tobie największe wrażenie?


Jeśli chodzi o gracza, to nie zaskoczę chyba nikogo – Marcelo ‘coldzera’ David (reprezentant SK Gaming dop. red.) Dla mnie gość jest fenomenalny! To, jak porusza się po mapie, jaki ma timing, jak bardzo jest uniwersalny. Przypomina mi on trochę Filipa ‘Neo’ Kubskiego (gracz Virtus.pro dop. red.) z czasów jego świetności.


Jeśli natomiast miałbym wskazać drużynę, to pod koniec roku największe wrażenie zrobiło na mnie OpTic Gaming. Pokazali wszystkim, że czołówka wcale nie jest taka zamknięta i zespoły niebędące faworytem również są w stanie wygrywać największe turnieje.

 

Kilka dobrych lat temu, w rozmowie z Piotrem Lipskim, stwierdziłeś, że bardzo trudno osiągnąć serię tak dobrych wyników, jakie niegdyś notowaliście w PGS. Był to czas dominacji Na’Vi, którym zresztą przepowiedziałeś rychły spadek formy. I chwilę potem stało się – miałeś rację. Jakiś czas temu hegemonami sceny byli gracze SK Gaming. Ci również wpadli w kryzys. Przez wiele lat schemat się nie zmienił. Jesteś w stanie wskazać kolejnych dominatorów? Ostatnio brylują reprezentanci Astralis czy – tak, jak wspomniałeś – OpTic Gaming…

 

Jak mówiłem wcześniej – nie jest sztuką wspiąć się na szczyt. Sztuką jest się na nim utrzymać. W dużym stopniu jest to zależne od ludzi z jakimi grasz w drużynie, jakie maja podejście do siebie, do gry, do pieniędzy... Jest masa czynników, które potrafią zepsuć zespół. Trudno powiedzieć, kto będzie dominował w tym roku, bo pretendentów jest cała masa. Na pewno silni jak zawsze będą Virtus.pro i SK Gaming. Wygląda na to, że Astralis w końcu się przełamało. Ninjas in Pyjamas jest podrażnione po ostatnich niepowodzeniach i na pewno mają coś do udowodnienia. Mało słychać ostatnio o Natus Vincere, a oni też są przecież rewelacyjni i nieprzewidywalni, szczególnie z s1mplem w składzie. Jest naprawdę masa kandydatów i mam cichą nadzieję, że do tego grona dołączy pewna drużyna z pingwinem na piersi!