Tego, że Stoch będzie walczył o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej, można się było spodziewać. Dwukrotny złoty medalista igrzysk w Soczi, mistrz świata i zdobywca Pucharu Świata zawsze należy do faworytów, jeśli tylko jest w formie. Ale tego, że Piotr Żyła będzie w tym prestiżowym turnieju drugi, a Maciej Kot zajmie w nim czwarte miejsce z niewielką stratą do trzeciego, Norwega Daniela Andre Tande, to już nie mieści się w głowie.

 

W długiej i pięknej historii polskich skoków narciarskich jedynym zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni był do tej pory Adam Małysz, ikona tej dyscypliny. Dokonał tego 16 lat temu. Teraz był jednym z tych, którzy stawiali na wygraną Stocha, choć obawy o jego dyspozycję, po upadku w treningowej serii przed konkursem w Innsbrucku, były jak najbardziej uzasadnione. Ale z bólem i ograniczoną sprawnością poradził sobie nasz mistrz z Zębu znakomicie. Na Bergisel był czwarty, a w ostatnim konkursie pierwszy.

 

Kilka razy miałem przyjemność być na tych niesamowitych zawodach, ale najczęściej towarzyszącym uczuciem był wtedy smutek. Nic dziwnego, że Bischofshofen opuszczaliśmy z opuszczonymi głowami, gdy inni się cieszyli.

 

Dziś jest powód do dumy. Stoch nie po raz pierwszy udowodnił, że jest skoczkiem kompletnym o którym z ogromnym uznaniem od dawna mówią wielkie gwiazdy tej dyscypliny. Jak jest w formie i trafia w próg, nie ma niego silnych. A teraz jeszcze pokazał, że jest twardzielem podnosząc się po upadku w Innsbrucku.

 

Oczywiście ktoś złośliwy może powiedzieć, że swój udział w sukcesach Polaków miał też pech rywali. Michaela Hayboecka wyeliminowała z walki o najwyższe trofea grypa żołądkowa, która pokrzyżowała też szyki osłabionemu tą chorobą kolejnemu Austriakowi, Stefanowi Kraftowi, który na „swoim” obiekcie  w Bischofshofen spadł ostatecznie z podium. Bliski szczęścia był też Norweg Tande, lider po trzech konkursach, który swoje szanse na zwycięstwo też  na tej skoczni pogrzebał. Ale w tym tkwi istota sportu, jedni lepiej sobie radzą z problemami, inni gorzej. Jednych spala wysoka stawka, drugich uskrzydla.

 

Polacy dowiedli, że byli do tej imprezy mistrzowsko przygotowani, a Żyła i Kot dowiedli też, że mają mistrzowskie papiery. Drugie i czwarte miejsce w tak prestiżowym turnieju jest tego najlepszym dowodem. A przecież nowy trener naszych skoczków, Austriak Stefan Horngacher mówił przed turniejem: Żyłę szykujemy dopiero na Lahti, na mistrzostwa świata, które rozegrane zostaną pod koniec lutego!

 

Jak tak dalej pójdzie, to strach pomyśleć, co tam się będzie działo. Na dziś Polacy byliby głównym faworytem w konkursie drużynowym, nie mówiąc o indywidualnych. Tyle, że skoki nie znoszą takich prognoz, lepiej więc nie zapeszać, cieszyć się tym co jest i nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość.