Zamiast do więzienia, trafił do kadry. Jacka Góralskiego bitwa o bycie kimś

Piłka nożna
Zamiast do więzienia, trafił do kadry. Jacka Góralskiego bitwa o bycie kimś
fot. Cyfrasport

Jacek Góralski to chłopak ze złej dzielnicy, który kiedyś poszedł na wojnę z trenerem Michałem Probierzem. Przegrał ją i dzięki temu… trafił do reprezentacji Polski. Jego historia jest wzorem dla dzieciaków z trudnym startem. – Nie miałem nic, nikt nie dawał mi szans, a mimo to zawsze chciałem być kimś – mówi piłkarz Jagiellonii Białystok w rozmowie z Polsatsport.pl.

Powołanie do reprezentacji Polski Jacka Góralskiego przed meczami z Rumunią i Słowenią było niemałym zaskoczeniem. Selekcjoner Adam Nawałka na początku listopada postanowił dać 24-latkowi szansę i to nie byle jaką – we Wrocławiu pomocnik Jagiellonii wyszedł na murawę w pierwszym składzie! – O tym, że zagram przeciwko Słoweńcom, dowiedziałem się dzień meczu. Patrzę, a na tablicy obok Krychowiaka jest Góralski! Nie miałem nawet czasu na radość. Podobnie było, gdy trener Nawałka zadzwonił po raz pierwszy. Najpierw się strasznie ucieszyłem, ale po chwili powiedziałem sobie: weź się nie podniecaj. Nie ma co się grzać – opowiada nam Góralski.

Przed przyjazdem na kadrę piłkarz znał osobiście jedynie Sławomira Peszkę, którego poznał latem 2013 roku w Płocku, gdy skrzydłowy Kolonii gościnnie trenował z Wisłą. – Ale mimo to nie stresowałem się. Pierwszego dnia zgrupowania był posiłek. Usiadłem na pierwszym wolnym miejscu. Patrzę, a ze mną przy stoliku siedzą Robert Lewandowski, Grzesiek Krychowiak i Wojtek Szczęsny. Same gwiazdy! Ale mnie nie wyprosili. Byli bardzo sympatyczni. Chyba znaleźliśmy wspólny język – wspomina ze śmiechem „Pitbull”.

Kadra zamiast więzienia

Góralski wychował się na bydgoskim osiedlu Śródmieście, gdzie najlepszym argumentem była siła, a powszechnym zajęciem – rozbój. Piłkarz Jagiellonii w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” przyznał nawet, że gdyby nie piłka nożna, prawdopodobnie zostałby… recydywistą. – Nie będę opowiadał szczegółów historii, jakie się tam działy, bo mrożą one krew w żyłach. Kilku moich kumpli przebywa w zakładach karnych, jednego zabili we Francji. Nie było to najgrzeczniejsze środowisko – przyznaje i dodaje, że gdyby nie został piłkarzem, prawdopodobnie wyjechałby z Polski. – W Anglii pracuje mój tata, wiele lat siedział tam także mój brat. U nas niestety ludzie nie mają perspektyw. Pracują ciężko, a zarabiają mało – mówi z rozgoryczeniem.

Siłą 24-latka jest twardy charakter, który kształtował się nie tylko między blokami, ale także na murawie. Jedną z największych przeszkód w drodze do kariery był wzrost (dziś Góralski mierzy 172 cm.). – Byłem niski i trenerzy w Bydgoszczy radzili mi, abym poszedł grać na halę. Jeden pomijał mnie przy powołaniach do kadry województwa, bo uważał, że jestem za mały. Mówił to ludziom, mówił to mi. Byłem dzieckiem, więc to bardzo bolało – opowiada. Pomogli jednak inni szkoleniowcy, którzy w chłopaku ze złej dzielnicy dostrzegli talent. – I mam nadzieję, że oni mają satysfakcję. Mówię o Marcinie Maćkowskim i Robercie Tomczaku, który wierzył we mnie od zawsze.

Może właśnie z charakteru wynika jego ostra gra (dwukrotnie zdarzało mu się dostać ponad 10 żółtych kartek w sezonie)? Może stąd jego pseudonimy? W Białymstoku wołają na niego „Pitbull”, „Pirania”, „Gryzoń”. – Co do gry to na pewno nie jestem największym brutalem w lidze. Nigdy nie wyleciałem z boiska za bezpośrednią czerwoną kartkę. A tych ksywek nie lubię. Dla kolegów z Bydgoszczy od zawsze byłem „Góralem”. Tak wołajcie – apeluje.

Wojna z Probierzem

Powołania dla Góralskiego nie byłoby, gdyby nie upór Michała Probierza. Latem ubiegłego roku piłkarz był zdecydowany na wyjazd do Turcji, skąd konkretną ofertę złożył Gaziantepspor. Bydgoszczanin poinformował więc wszystkich o swoim odejściu, ale zgody na przeprowadzkę nie dał Probierz. I chwilę później Góralski zamiast w Süper Lig wylądował w… trzeciej lidze. – Dzięki Probierzowi zrozumiałem kilka spraw. Wtedy strasznie zgrzałem się na ten transfer. Później mi przeszło. Dziś trenerowi mogę tylko dziękować. Bez niego na pewno nie trafiłbym do kadry tak szybko – mówi wychowanek Zawiszy.

Przed nim najważniejsza runda w karierze. Piłkarską wiosnę rozpocznie jako podstawowy piłkarz lidera LOTTO Ekstraklasy i reprezentant Polski. Jeżeli kolejne miesiące będą równie udane, co poprzednie półrocze, mogą zgłosić się po niego silniejsze kluby, niż jedna z najsłabszych ekip w lidze tureckiej. – Moim wymarzonym kierunkiem jest Anglia. Ale żeby taki transfer doszedł do skutku złożyć się musi wiele czynników. Na razie marzę nie o wyjeździe, ale o grze w kadrze. Znajomi i rodzina cały czas proszą o reprezentacyjne koszulki, więc skądś muszę je brać! – śmieje się.

Sebastian Staszewski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze