Agnieszka Radwańska: To ostatni dzwonek, kiedy mogę coś zmienić

Tenis
Agnieszka Radwańska: To ostatni dzwonek, kiedy mogę coś zmienić
fot. PAP

Po raz 91. panie przystąpiły do rywalizacji o tytuł mistrzyni Australian Open. W poniedziałek nad rzeką Yarra kobiety zainaugurowały 49 odsłonę Wielkiego Szlema w erze profesjonalnego tenisa. Wśród pretendentek do najcenniejszej nagrody znajduje się dwukrotna półfinalistka Australian Open: krakowianka Agnieszka Radwańska.

Wiecznie w biegu. Finał w Sydney pachnący tak wysoką wilgotnością powietrza, że człowiek zaczyna tęsknić za lodowcami Nowej Zelandii. Przelot z Nowej Południowej Walii do stolicy stanu Victoria, lądowanie na lotnisku Tullamarine, a dwie godziny później konferencja prasowa w największej sali położonej w Melbourne Park. Nazajutrz trening i błyskawiczne przebieranie nogami w stronę magicznego pojazdu Kia, bo wieczorem obowiązkowe wyjście na zaproszenie sponsora turnieju. Gdzie czas, aby znaleźć skrawek przestrzeni na odrobinę wytchnienia?

Zawodowe tenisistki uwijają się niczym w ukropie, ścigają najskrytsze marzenia, a przylatując do Australii każda z pań marzy o tym, aby sięgnąć po puchar Daphne Akhurst. Wrota do nieśmiertelnej sławy uchylają się niezwykle rzadko, jeno dla wąskiego grona profesjonalistek. Krakowianka Agnieszka Radwańska należy do tenisistek, które zachwycają wytrwałością w dążeniu do celu. Jakby ktoś jej szeptał do ucha, że południowej ściany Lhotse nie da się sforsować, a ona mimo zamieci i monsunu wciąż poszukuje idealnej trasy na szczyt… 11 próba podejścia… Hats off (kapelusze z głów) – rzekłby Rochey – Tony Roche, były trener Ivana Lendla, Pata Raftera, Rogera Federera i Lleytona Hewitta, który przed laty prowadził Raphaela Durka i wie, że Polacy słyną z sumiennej pracy…

Tomasz Lorek: Aga, Australian Open to dla ciebie najbardziej złotonośne tereny po Wimbledonie. W Londynie zagrałaś raz w finale (2012) i dwukrotnie w półfinale (2013 i 2015), a w Australian Open dwa razy awansowałaś do półfinału (2014 i 2016). Pamiętasz pierwszy występ w Melbourne w turnieju głównym w 2007 roku? Czy coś się zmieniło od tamtych czasów? Czerpiesz przywileje z racji faktu, że jesteś turniejową trójką, organizatorzy odbierają cię z lotniska czy nie odczuwasz zmian?

Agnieszka Radwańska: Z pewnością wiele się zmieniło jeżeli chodzi o sam obiekt, o organizację i korty. Szatnie wyglądają inaczej aniżeli wtedy gdy zaczynałam grać w Australian Open. Nie da się ukryć, że z roku na rok jest coraz lepiej. Nawet kort centralny zmienia wystrój. Zadaszenie Margaret Court to kolejna pozytywna  zmiana. Gdyby sfotografować cały obiekt z lotu ptaka, to można byłoby dostrzec, że praktycznie wszystko się zmieniło na przestrzeni ostatnich dziesięciu laty.

Przed laty grałaś w lidze czeskiej. Petra Kvitova, dwukrotna mistrzyni Wimbledonu, należy do grona twoich przyjaciółek. Toczyłaś z nią wiele zaciętych pojedynków na korcie. Czy to co stało się z Petrą po zakończeniu sezonu 2016 pozwala ci uświadomić sobie jak kruche jest nasze życie? (W grudniu w Prostejovie Petrę zaatakował nożem nieznany sprawca, którego czeska policja wciąż nie ujęła. Nie wiadomo czy Czeszka odzyska władzę w lewej dłoni – przyp. red.) Czy w takich chwilach dopadają cię myśli, że warto bardziej smakować nasze życie, dopóki zdrowie dopisuje? Utrzymujesz kontakt z Petrą, wspierasz ją w trudnych chwilach?

Na pewno to co stało się z Petrą daje sporo do myślenia i sprawia, że dojrzewamy do tego, że przegrany mecz to nie jest wielki  problem. Inne zjawiska urastają do miana problemu. Przede wszystkim zdrowie jest najważniejsze. Nie da się przejść obojętnie obok tego dramatu. To był potężny wstrząs dla całego tenisowego środowiska. Z pewnością to była jedna z najgorszych rzeczy jaka mogła się przytrafić Petrze. Tym bardziej, że nie wiem czy to było faktycznie zamierzone działanie i zaplanowany atak na jej osobę czy czysty przypadek. Bardzo mi jest jej szkoda...

Od wielu lat byłaś zaprzyjaźniona z francuską firmą Babolat. Czemu służy zmiana rakiety i jak przebiegały negocjacje z nowym dostawcą rakiet – firmą Srixon?

Generalnie od kilku miesięcy trwały wstępne podchody ze strony tej firmy. Tak naprawdę to jest ostatni dzwonek kiedy mogę coś zmienić. Latka jednak lecą… Za dwa – trzy lata już bym się nie bawiła w takie posunięcia jak zmiana rakiety. Pomyślałam: czemu nie? Po sezonie 2016 testowałam kilka rakiet. Na zakończenie testów dostałam rakietę idealnie zrobioną dla mnie. Ta rakieta bardzo mi pasuje. Sama ją stworzyłam wypróbowując inne. Jak na razie wszystko podąża w dobrym kierunku.

Dużo wniosłaś jako tenisistka w projektowanie tej rakiety?

Tak. Decydowałam również o kolorach. Wiadomo, że najważniejsze jest to jak się nią gra i jakie jest czucie. Kolor oczywiście spoczywa na drugim planie. Faktycznie zostało naniesionych kilka zmian, ale w ostatecznym kształcie rakieta mi przypasowała. Gra się nią dobrze.

Czym różni się nowa rakieta od poprzedniego Babolata? Wagą, rozstawieniem strun, miękkością rakiety?

Nie da się ukryć, że generalnie one są dosyć podobne. Wydaje mi się, że grając nową rakietą mam większą moc. Szczególnie wtedy, gdy gram dłuższą piłką. Wówczas piłka leci lepiej. Taki był zamysł. Po tylu latach gry, nie można zmieniać nie wiadomo czego i ile. O dekadę za późno na drastyczne zmiany… Generalnie zmiana na Srixona służyła temu, żebym czuła piłkę i żebym tego czucia nie straciła.

Nastąpiły jakieś zmiany w naciągu?

Nie, naciąg jest ten sam.

Aga, wygrałaś 20 turniejów w singlu, 2 w deblu. Rozumiem, że warto było przegrać finał w Sydney z Brytyjką Jo Kontą, aby zachować sobie „oczko” na Australian Open… Włoszka Flavia Pennetta wygrała US Open’2015 i postanowiła zakończyć karierę. Nico Rosberg po wielu latach starań został mistrzem świata w Formule 1 w sezonie 2016 i wycofał się z zawodowego sportu. Czy ty, gdybyś wygrała Wielkiego Szlema, zakończyłabyś występy na korcie czy jednak kusiłoby cię, aby posmakować co kryje się za drzwiami mistrzyni Szlema? Skoro tyle lat jesteś tak blisko tytułu, ciężko byłoby rozstać się z profesjonalnymi występami czy jednak powiedziałabyś: dziękuję, teraz będę mamą…?

Szczerze mówiąc wszystko zależy od tego kiedy wygrałabym tego Szlema. Nie wyobrażam sobie, żebym grała dalej w tenisa, gdybym zdobyła wielkoszlemowy tytuł w wieku 36 czy 37 lat. Nie będę grać tak długo jak siostry Williams. Zbyt długo jestem w tourze i zbyt wiele zdrowia mnie to kosztuje… Zobaczymy ile jeszcze wytrzymam w zawodowych szrankach. Oczywiście jeśli zdrowie pozwoli, to jeszcze trochę pogram. Trzy, może cztery lata.

Grałaś 11 razy z Cwetaną Pironkową, ale tylko raz na kortach twardych. Dziesięć lat temu pokonałaś Bułgarkę na hardzie w Sztokholmie. Czy tamten mecz siedzi w Twojej głowie czy wyrzuciłaś go z pamięci i przechowujesz ten nieszczęsny mecz z Paryża’2016 kiedy organizatorzy podjęli niezrozumiałą decyzję, żeby grać w deszczu?

Szczerze mówiąc, nie pamiętam tego meczu w Sztokholmie z Pironkową. Pamiętam mecz rozgrywany w hali na twardym korcie, a właściwie na dziwacznej układance gumowej w Paryżu. Ciężko nawet nazwać to hardcourtem. Z Cwetaną grałyśmy mnóstwo razy i to jeszcze w Pucharze Federacji. Podejrzewam, że te mecze nie są zaliczane do statystyk. Mnóstwo meczów rozegrałyśmy. Wiadomo, że tutaj jest troszkę inna nawierzchnia. Czeka nas inna gra i inny tenis. Sztokholm to już przeszłość. Tamten mecz nie ma dużego znaczenia.

Wypoczynek w polskich górach zamiast gry w Indiach u znakomitego deblisty Mahesha Bhupathi. Czy dzięki temu wyborowi czujesz się bardziej wypoczęta? Masz w sobie więcej energii?

Tak, z pewnością. Początkowo był taki zamysł, żeby jechać do Azji. Wstępne rozmowy oscylowały wokół tego, że mam jechać grać u Mahesha, a później troszkę się pozmieniało w Indiach. W połowie roku wszystko można planować, ale  potem człowiek inaczej się czuje po siedmiu tygodniach spędzonych w Azji i zdanie się trochę zmienia. Tęskni się za domem, człowiek marzy o tym, żeby troszkę posiedzieć w domu i najzwyczajniej w świecie odpocząć. Byłam praktycznie cały czas w domu, nigdzie nie jeździłam, nigdzie nie latałam, więc z pewnością taki odpoczynek bardzo dobrze służy, bo w trakcie sezonu tego podróżowania jest bardzo dużo.

Zatem polskie góry…

Tak, polskie góry, Kraków, Warszawa i nigdzie dalej.


Wtorkowa sesja wieczorna na korcie centralnym – Rod Laver Arena – zapowiada się wytwornie. Najpierw obrońca tytułu – Serb Novak Djoković zmierzy się z Fernando Verdasco, który kocha grać na największym korcie w Melbourne Park. Leworęczny Hiszpan stoczył epicki mecz z Rafą Nadalem w półfinale Aussie Open w 2009 roku. 5 godzin i 14 minut nadludzkiego wysiłku. Wówczas wygrał Rafa. Przed rokiem Verdasco wyeliminował Rafę w pierwszej rundzie Wielkiego Szlema na antypodach, a w tym roku dał się we znaki Djokoviciowi w półfinale turnieju w Doha. Niewykluczone, że Aga wyjdzie na kort równie późno jak Lleyton Hewitt z Marcosem Baghdatisem w IIII rundzie Aussie Open w 2008 roku. Na wykwintne danie warto długo czekać. Byle nie do świtu. Lleyton kończył mecz o 4.34…

Tomasz Lorek z Melbourne, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze