Gwiazdor broniących Pucharu Stanleya Penguins Sidney Crosby nazwał mecz "irracjonalnym", dla wielu graczy Capitals był "dziwnym", a trener stołecznej drużyny Barry Trotz nazwał go po prostu "interesującym".

 

Początek niczego niezwykłego jednak nie zwiastował. Po pierwszej tercji i golach Szwedów Andre Burakovsky'ego i Nicklasa Backstroema goście prowadzili 2:0. Kiedy na początku drugiej części gry podwyższył Justin Williams, wydawało się, że Capitals są na dobrej drodze do 10. zwycięstwa.

 

Penguins potrzebowali jednak tylko nieco ponad osiem minut, aby zdobyć aż pięć bramek. Do końca tej części gry kibice zobaczyli jeszcze trzy gole i gospodarze prowadzili 6:5.

 

W ostatniej odsłonie na trafienie Crosby'ego odpowiedzieli T.J.Oshie oraz Duńczyk Lars Eller i do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. Trwała jednak tylko 34 sekundy. Niezwykle cennego gola zdobył w niej Conor Sheary, który niemal na kolanach dobijał krążek po własnym strzale.

 

"Kiedy upadłem na lód niewiele widziałem, ale nagle usłyszałem radość kibiców i wiedziałem, że mi się udało" - przyznał.

 

Mimo porażki Capitals zachowali prowadzenie w Konferencji Wschodniej; w 44 meczach zgromadzili 64 punkty. Penguins są na czwartym miejscu. Mają pięć punktów straty i rozegrali o jedno spotkanie mniej.