Lorek z Melbourne: Piękne łzy Magdy

Tenis
Lorek z Melbourne: Piękne łzy Magdy
fot. PAP

Poznańska tenisistka, która do sezonu przygotowywała się w Chinach, przywraca wiarę w człowieczeństwo. Po porażce w pierwszej rundzie gry pojedynczej Magda Linette rozpłakała się bezszelestnie. Nastała niczym niezmącona cisza. Magda wyglądała niczym Monica Seles, która zalała się łzami w Melbourne Park w 1999 roku, gdy w ćwierćfinale pokonała Niemkę Steffi Graf.

Tenisistki przejmują się rezultatami. To niewysłowione piękno w świecie skrojonym wedle oczekiwań sponsorów, korporacji, agentów i menedżerów. Biuro prasowe w Melbourne Park widziało krokodyle łzy Słowaczki Dominiki Cibulkovej i wstrzymało oddech, gdy płakała Rosjanka Anna Czakwetadze. We wtorek sentymentalna dziewczyna z Poznania ukazała światu, że płacz profesjonalnej tenisistki nie jest powodem do wstydu. Chorwaccy reporterzy nie mogą wyjść z podziwu jak biegle w ich narzeczu mówi Magda Linette. Dla jej trenera – Chorwata Izo Zunicia to żadna nowina, ale dla ludzi piszących o tenisie i jeżdżących za szmerem kortu od Umagu po Tokio jest to wydarzenie. Dwie minuty cudownej fontanny łez. A przy tym Magda, nie dość, że przeżywa niepowodzenie na korcie, potrafi być jeszcze wyrozumiała dla żurnalistów, których dopadł defekt motocykla na pierwszym wirażu. Tata Tomasz Linette, który zaprowadził córkę na korty w Poznaniu, gdy jego latorośl miała 3 latka, może być dumny, że wychował wrażliwą, acz ambitną dziewczynę. Dzień po kaskadzie łez, Magda otrząsnęła się z letargu i wygrała mecz pierwszej rundy debla w parze z Francuzką Alize Cornet. Brawo. Podniosła się po niespodziewanej porażce z Mandy Minellą. Było to o tyle trudne przedsięwzięcie, że Magda dzień do dniu wyszła na ten sam kort. Numer 12. Schowany przed kamerami, niezwykle kameralny, przytulony do obłąkańczo pachnących liści eukaliptusa. We wtorek Magda przegrała na tymże korcie przy temperaturze 36,7 stopni Celsjusza z najwyżej notowaną tenisistką z Luksemburga – Mandy Minellą, zakochaną w industrialnych Katowicach, a w środę w samo południe przy nieco chłodniejszym powietrzu Polka awansowała do drugiej rundy debla… Kuba Rękoś, trener z Poznania, o którym Magda mówi w samych superlatywach, bo dzięki niemu porzuciła oburęczny forhend na rzecz jednoręcznego, nauczyła się slajsa i woleja, może być ukontentowany, bo jego była podopieczna nie zapomina o tych, którzy przychylili jej nieba…

 

Luksemburg rowerami stoi

 

Mandy Minella doskonale wie, że choćby przemierzyła przez terytorium Luksemburga wzdłuż i wszerz bez wierzchniego okrycia, nie miałaby szans w pojedynku z kolarzami. Dwa kółka napędzane siłą mięśni królują w tym maleńkim państewku. Coś na ten temat wie stary lis, król stylu serve & volley – leworęczny Gilles Muller, który wygrywał z Andre Agassim, Rafaelem Nadalem i Andym Roddickiem, a i tak pies z kulawą nogą zainteresował się jego wyczynami. Taki urok tego skrawka ziemi. „Moi rodzice wpadają w szaleństwo, gdy zaczyna się Tour de France. Moi rodacy uwielbiają jeździć na rowerze w wymiarze rekreacyjnym. Ukształtowanie terenu sprzyja cyklistom. Pod kątem popularności dyscypliny, kolarstwo wygrywa o długość trzech rowerów z każdym innym sportem. Sama lubię pojeździć na rowerze z moim mężem” – twierdzi Mandy, która w karierze wygrała dwa turnieje w deblu w parze z Węgierką Timeą Babos. Ba, Mandy grała też swego czasu w debla z Magdą Linette. „To przemiła dziewczyna. Zresztą, Polska kojarzy mi się z bardzo uprzejmymi i miłymi ludźmi. Gdy grałam w Katowicach, uwielbiałam ruszyć wieczorem na miasto. Jest tam taka jedna uliczka, na której nie można opędzić się od wszelkich knajpek i barów. Nie zapomnę smaku zapiekanek. Są wyjątkowe” – twierdzi Mandy, która po Europie podróżuje samolotami w klasie ekonomicznej, ale na dłuższych trasach oszczędza plecy i kości kupując bilet w klasie biznes.

 

Magdy jeszcze na taki komfort nie stać. Poznanianka podróżuje w klasie ekonomicznej. Kocha literaturę, ale wtedy gdy w zwariowanym życiu tenisistki teoretycznie buduje się przestrzeń na czytadełko, Magda zapada w głęboki sen. Ledwie przytuli się do fotelika w samolocie, od razu oczy się zamykają. Szaremu zjadaczowi chleba tenis kojarzy się z obłąkańczo nieprzystępnym Bizancjum i luksusem, a w rzeczywistości tenis przypomina czasami pracę w kołchozie. Trening, hotel, mecz, stres, masaż, wywiad, odpadasz w pierwszej rundzie i głowisz się jak najtaniej przemieścić się na kolejny turniej. I czego tu zazdrościć? Samolotów pełnych bakterii i nieregularnych posiłków w przypadkowo namierzonej knajpie? Magda teoretycznie powinna mieć z górki w meczu z Mandy, bo jest wyżej notowana w rankingu WTA, a na dodatek w 2011 roku grając w reprezentacji Polski, Linette pokonała Anne Kremer, legendę luksemburskiego tenisa. „Anne to moja przyjaciółka. Kremer była osiemnastą rakietą globu w lipcu 2002 roku. Wciąż mnie wspiera. Odlotowa kobieta. Czasami, gdy z nią rozmawiam, odnoszę wrażenie, że chciałaby zdrzemnąć się na księżycu” – mówi rozchichotana Minella. Mandy nie zauważyła hałd, nie dostrzegła ani górników ani kominów, bo świata poza mężem nie widzi. Jej towarzysz życia – Tim Sommer, to zarazem jej trener. Nieco większy aniżeli tenisowa piłeczka, więc przesłania jej świat. Minella dodaje, że Australian Open to boski turniej, bo organizatorzy płacą każdemu kwalifikantowi i każdej kwalifikantce 2500 dolarów australijskich. Tak dla zachęty, żeby wsiąść do samolotu. W Paryżu, Londynie i Nowym Jorku nikt tak nie rozpieszcza tenisistek i tenisistów. A że do Australii jest zewsząd daleko, a blisko ma tylko Michael Venus, nowozelandzki deblista, to Craig Tiley i jego komanda chcą ulżyć portfelom mniej zamożnych profesjonalistek i profesjonalistów. Ogrom udogodnień, bo wielki brat z Chin ma chrapkę na australijskiego Szlema. Przeto 700 milionów dolarów wpompowano w infrastrukturę. Lucie Safarova, trzykrotna mistrzyni Szlema w grze podwójnej i finalistka Roland Garros’2015 w singlu, podziwia rozmach z jakim Australijczycy przeobrażają Melbourne Park. Niezdrowa presja płynąca z azjatyckiego kontynentu sprawia, że Australian Open kwitnie niczym młoda dziewczyna. Minella, choćby nawet w drugiej rundzie odpadła po boju z Jeleną Wiesniną, nie wyjedzie ze stanu Victoria ze skromnym zastrzykiem gotówki. Za 80 000 dolarów mogłaby wykupić wszystkie rowery jakie są w wolnej sprzedaży w jej ojczyźnie. „Jeden zabrałabym na przejażdżkę po Katowicach” – dodaje z uśmiechem Minella. Cóż podają tenisistkom na śniadanie na Górnym Śląsku, że są tak rozkochane w zadymionych Katowicach?

 

Seles nie wstydzi się łez

 

Ćwierćfinał Australian Open’1999. Monica Seles, która błyskotliwie mówi po węgiersku, wygrywa ze Steffi Graf. Jej tata, Karolj, oglądał ten mecz z trybun w niebiesiech. Zmarł na raka, bo nie zdzierżył jak jego córka cierpi po zamachu przeprowadzonym przez schorowanego wielbiciela Steffi – Guntera Parche. Zwycięstwo nad Graf jest niespodzianką, zrzuceniem kołdry pachnącej niewysłowionym strachem, przeto salka przeznaczona do przeprowadzania wywiadów pęka w szwach. Zanim padnie pierwsze pytanie, do Seles podejdzie przyjaciel Karolja, reporter słowackiego radia – Andriej Bućko. Monica zręcznie pochyli się, a Andriej szepnie jej do ucha magiczną sentencję: „Monica, twój tata z pewnością jest z ciebie dumny i uśmiecha się szczerze w niebie, że pokonałaś Steffi”. Bućko był przyjacielem Karolja, znanego jugosłowiańskiego karykaturzysty, który rysował dla największej gazety w Belgradzie. Monica nie wytrzymała. Zaczęła płakać. Reporterzy z całego świata wbili wzrok w Andrieja tak jak Janówa wbijał gwoździe po pierwszym serwisie w meczu deblowym z parą Verdasco / Fognini… Monica przez circa 180 sekund wyglądała niczym Fontana di Trevi w Rzymie. Płakała, a słowacki reporter był niemniej wzruszony. Pani moderator powtórzyła za reporterami: „co tys jej powiedział, że ona tak płacze?” Zanim Słowak zdążył rozchylić otwór gębowy, Monica dała znak ręką, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Łzy wielkiej mistrzyni, która chciałaby, aby tata Karolj mógł obejrzeć jej mecz z wysokości trybun na Rod Laver Arena. A ponadto dźwięk narzecza Ferenca Puskasa i Zoltana Adorjana dodatkowo ją rozczulił… Wybuch był jeszcze bardziej obfity aniżeli eksplozja łez jakiej dopuścił się szwajcarski maestro Roger Federer, gdy przegrał finał Aussie Open z Rafą Nadalem w 2009 roku. Sport wyzwala w ludziach nieodgadnione arterie emocji. Wystarczy, że Hiszpan z Manacor usłyszy nieziemski wokal Gabrielli Cilmi i jej numer „Sweet about me”, aby ciało wprowadzić w opętańczy taniec. Szkopuł w tym, że Cilmi tylko raz zaśpiewała w Melbourne Park (choć urodziła się na przedmieściach Melbourne w Dandenong), dlatego Rafa poza triumfem w 2009 roku po kapitalnych meczach z Verdasco i Federerem, już nie wygrywał Australian Open. Craig Tiley, dziś pełniący zaszczytną funkcję dyrektora turnieju, a przed laty piekielnie zdolny ballboy, mógłby skusić Cilmi na występ podczas Australian Open. Może Gabriella odczaruje Rafę bardziej niż Carlos Moya…?

 

Smażeny syr i słodkości Lucie

 

Safarova nie smuci się po porażce i nie skacze po wygranej na wysokość Łabskiego Szczytu. Swego czasu w Pucharze Federacji obroniła 5 meczboli, a na korcie nr 3 w Melbourne Park wyswobodziła się z największych tarapatów w karierze. Obroniła 9 piłek meczowych w starciu z Belgijką Yaniną Vickmayer. Czyste szaleństwo. Wspierało ją kilka żeńskich i męskich głosów z okolic Liberca, a Lucie grała jak natchniona będąc przypartą do muru. Zimą trenowała na Florydzie, mama zadbała o kuchnię i skrawek rozpusty, czyli smażeny syr, tatarkę i ziemniaki. „Takich frykasów nie mogę jeść w trakcie sezonu, bo muszę dbać o dietę. Co gorsza, nie mogę pozwolić sobie na żadne słodkości, a w Australii na każdym kroku kuszą mnie ciasta i czekoladki” – wyznała Lucie. Czeszka upatruje szans na zwycięstwo z Sereną Williams w fakcie, że Amerykanka rzadko grała ostatnimi czasy. „Jeśli ją pokonam, będę się cieszyć, ale nie będę rozdzierać szat po porażce. Jestem szczęśliwą kobietą” – wyznała Safi jak mawiają o niej nasi południowi sąsiedzi. Któż nie byłby szczęśliwy odchodząc od takiego nudziarza jak Berdia? A ponadto, Lucie chorowała i leżała trawiona wysoką gorączką. Jesień 2015 dała się Czeszce we znaki. Przyplątała się do niej tajemnicza bakteria. Odczuwała wstręt do jedzenia i picia, nie mogła poradzić sobie z wysoką temperaturą. W szpitalu dopadły ją czarne myśli, ale ukochany wyciągnął ją z zapaści. Amerykańscy reporterzy są pełni uznania dla Lucie. Przypomnieli jej największy sukces w Melbourne Park: ćwierćfinał Aussie Open’2007. Wtedy Safarova w IV rundzie pokonała Francuzkę Amelie Mauresmo. To jej jedyna wizyta w gronie ośmiu najlepszych singlistek w Melbourne. Jankesi wiedzą, że Lucie może być groźna dla Sereny, bo Bethanie Mattek-Sands jest kopalnią wiedzy o Czeszce, a wyraża się o swojej partnerce deblowej w samych superlatywach. Poza tym, w finale Roland Garros’2015 Serena przegrała z Lucie drugiego seta w tiebreaku, więc panna Williams nie jest tak pewna siebie jak Stan Wawrinka przed meczem z Martinem Kliżanem. Ba, Amerykanka wciąż ociera łzy po tym jak sprzęt zdał genialny brytyjski wokalista George Michaela. Była załamana na wieść o śmierci znakomitego piosenkarza. Ulubionym utworem Sereny nie jest jednak wysublimowany numer pt. „Spinning the wheel”, tylko „Faith”. No, cóż, wiary jej nie brakuje. Teraz szczególnie jej potrzebuje, skoro to jej pożegnalny występ w Australian Open.

 

Telefon do Maćka Synówki

 

Gdy w czwartkowy wieczór 19 stycznia Lucie i Serena wyjdą na kort centralny, na Margaret Court Arena o awans do III rundy będzie walczyć Agnieszka Radwańska. Najlepsza polska tenisistka rozegrała bardzo dobry mecz z Cwetaną Pironkową, a na korcie nr 7 była podopieczna Maćka Synówki – Chorwatka Mirjana Lucić – Baroni walczyła jak Lwica z Chinką Wang. Mirjana potrafi grać w tenisa, czego dowodem jest półfinał Wimbledonu w 1999 roku. Rok wcześniej Lucić – Baroni jeden jedyny raz przebrnęła przez pierwszą rundę Aussie Open. Była zachwycona wygraną nad Wang, tym bardziej, że pierwszą partię wyraźnie przegrała. Po meczu Chorwatka z chęcią rozdawała autografy, a w wywiadzie przyznała, że z polskim trenerem wciąż utrzymuje kontakt. „Maciej wysłał mi smsa przed turniejem i życzył powodzenia. Mam nadzieję, że będzie mnie po cichutku wspierał, choć wiem, że o III rundę zagram z Agnieszką Radwańską, więc nie mogę wymagać, aby trzymał za mnie kciuki. Liczę na subtelny doping, szczypta też wystarczy” – stwierdziła Mirjana, która w hali w Quebec City w 2014 roku pokonała w finale turnieju WTA Venus Williams. 35 lat, spore doświadczenie, a zatem nie będzie łatwo na Margaret Court Arena. Tym bardziej, że gdy Aga Radwańska kończyła swój mecz z Pironkową, w podziemiach Rod Laver Arena hulały już jedynie duchy i odkurzacze, a biuro, w którym można zamówić sobie trening, już było pokryte pajęczyną. Mecz Polki z Chorwatką będzie rozegrany wieczorem, a zatem można pozwolić sobie na inny rytm dnia. Uciąć drzemkę, dłużej pospać, a nie zrywać się z łóżka o brzasku. A potem wyjść na przepiękny, kameralny, zadaszony kort, na którym dzień wcześniej klasyczną rybą z frytkami zajadał się Rusty, czyli Lleyton Hewitt. Mistrz US Open’2001 i król wimbledońskiej trawy z 2002 roku, dwukrotny zwycięzca Pucharu Davisa, człowiek, który przez 80 tygodni zasiadał na złotym tronie, zajadał się dymiącą tacą fish & chips. Elegancko skrojona marynarka, dżinsy, a obok Lleytona jego przyjaciel z Wagga Wagga, Tony Roche niezmiennie zakochany w białych dresach. Stroniący od fish and chips, ale lubiący oglądać Bernie Tomicia, który cykał piłeczki w defensywie. Dominikana była bliska kąpieli w morzu szampana, bo Victor Estrella Burgos grał świetną długą piłką, szachował Berniego i był o włos od doprowadzenia do piątej partii. Victor rzucił z wściekłością rakietą, gdy przegrał tiebreaka w czwartym secie, ale zebrał burzę braw. A Bernie z pokorą przyznał, że mogło dojść do katastrofy a la Nick Kyrgios, bo po dwóch wygranych setach nie spodziewał się, że Victor, który mógłby już leżeć do góry brzuchem i z tłumikiem drgań na Dominikanie, zerwie się do nadludzkiego wysiłku. Nawet slajs Tomicia nie robił wrażenia na Victorze. Chłopak z robotniczej dzielnicy Birmingham – Danny Evans, wcale nie będzie chłopcem do bicia dla Bernarda w walce o IV rundę.

 

Zwycięski debel

 

Jerzy Janowicz wraca do wielkiego tenisa. Po wyrównanym meczu z podopiecznym Jonasa Bjorkmana – Marinem Ciliciem, Janówa pokazał klasę w grze podwójnej. Znakomicie returnował, zręcznie obiegał bekhend i wyrzucał pociski niczym z kolubryny w stronę Fabio Fogniniego. Janowicz tworzy parę z Marcinem Matkowskim, a „Mateczka” jak mawia o nim Mariusz „Fryta” Fyrstenberg, znajduje się w życiowej formie. „Matka” rozegrał bardzo dobry turniej w mieście żaglówek – Auckland, gdzie wespół z Aisamem-ul-Haq Qureshim, nie znaleźli godnych siebie rywali. Marcin trenuje w pocie czoła, a przed meczem przypomina świątynię pełną skupienia. Słuchaweczki na uszach a la Dennis Rodman założone u wezgłowia restauracji dla tenisistów, maksymalna koncentracja, a w nagrodę stop woleje i drop woleje wysypują się niczym z rękawa. To jak „Matka” sprzątał przy sieci, budziło uznanie największych koneserów. Umówmy się, naprędce sklecona para: Janowicz – Matkowski trafiła na fachowców, bo Fabio Fognini wygrał Australian Open w deblu z Simone Bolellim w 2015 roku, a Fernando Verdasco z kolegą mańkutem Feliciano Lopezem przez lata tworzyli zgrany duet w reprezentacji Hiszpanii i stanowili ścianę grubszą niźli mury Plaza de Toros de las Ventas w Madrycie. Fernando wygrał siedem turniejów w deblu i choć narzekał, że kort centralny trąci dywanową nawierzchnią rodem z lat 80-tych, to wciąż jest klasowym tenisistą. Fabio usiłował tłumaczyć się faktem, że w maju 2017 roku populacja Brindisi powiększy się o młodego człowieka, bo jego małżonka – Flavia Pennetta oczekuje dziecka, ale marne to tłumaczenie w kontekście bomb posyłanych przez „Jerzyka” i „Matkę”. Polacy przebrnęli z fasonem przez pierwszą rundę, nie stracili seta, a w II rundzie wyrasta przed nimi kolejna forteca: Francuzi rozstawieni z jedynką: Mahut i Herbert. Mistrzowie Wimbledonu będą arcytrudnymi rywalami, ale tylko wielkie wyzwania nakręcają Matkowskiego i Janowicza…

 

Spytajcie Johna

 

We wrześniu ubiegłego roku Australia walczyła w play-off Grupy Światowej Pucharu Davisa o utrzymanie się w elitarnym gronie 16 najlepszych reprezentacji na świecie. Mecz o prawo do podłączenia pod kroplówkę rozegrano w Sydney, a rywalem byli Słowacy. Reporter słowackiego radia zapytał Nicka Kyrgiosa czy mówi po grecku. Nick grzecznie przytaknął, wszak jego tata jest Grekiem. Na prośbę reportera czy mógłby pozdrowić po grecku słuchaczy rozgłośni z Melbourne, Kyrgios złożył paluszki jakby pstryknięciem zamierzać przekłuć powietrze, zastygł w bezruchu i rzekł z uśmiechem: nie. Czarodziej i brzdąc. Człowiek, który podczas listopadowego zgrupowania kadry australijskiej dbał o to, aby nie było nudno. Opowiadał tysiące żartów, a ponadto dziurawił kosz rzutami za trzy punkty z zawiązanymi oczyma. W podziemiach Rod Laver Arena przed meczem z Andreasem Seppim, Nick zderzył się spojrzeniem z Kiki Mladenović. Kiki, gdy tylko zobaczyła Nicka, od razu namalowała na twarzy banana, przywitała się niczym zarumieniona nastolatka, a Nick wziął ją na ręce jak statyści Madonnę w teledysku „Material girl”. Kiki zaczęła chichotać, a Nick, który uwielbia się bawić, ale musi mieć przy tym wyzwanie, powiedział: „a teraz bądź tak dobra i dotknij moich palców”. Kiki żachnęła się i powiedziała: „Nick, to banalnie łatwe” i dotknęła palców u jego ręki. Kyrgios z szelmowskim uśmiechem, spojrzał na nią  niczym Tarzan i odparł: „miałem na myśli palce u moich stóp, a to już podnosi poprzeczkę”. Kiki ponownie zachichotała, a Nick grzecznie postawił ją na podłodze, żeby łatwiej mogła dotknąć palców u nóg…

 

Craig Tiley wie, że mniej zamożni Australijczycy pragną oglądać najbardziej utalentowanego tenisistę młodego pokolenia, przeto tak układa grafik, aby Nick grał na Hisense Arena. To drugi co do wielkości kort w Melbourne Park, ale trzeci pod względem cen biletów. Craig rozumie, że Nick kocha atmosferę tego kortu, a fani mogą być tam bardziej frywolni aniżeli na Rod Laver Arena. Poza tym, koszykarze Melbourne Tigers rozgrywają swoje mecze na Hisense Arena, więc Nickowi jest bliżej do akcji pick and roll. Kyrgios przed dwoma laty, dzięki zbzikowanej fali dopingu odrobił straty w IV rundzie Szlema w meczu z Seppim. Tym razem, Nick zderzył się z odwrotną sytuacją. Prowadził 2-0 w setach, zdenerwował się na sędziego w trzeciej partii i przegrał cały mecz. Publika wyła z zachwytu, gdy posłał twinnera zza linii końcowej przy stanie 6-5 dla Seppiego w piątym secie i serwisie Włocha, a Nick uśmiechnął się, bo wygrał tą wymianę. Któż inny odważyłby się na takie zagranie podczas śmierci klinicznej? Tylko Kyrgios... Z jednej strony dziecięca, nieskrępowana radość, a z drugiej ćwierćfinalista Wimbledonu’2014 wie, że zaniedbał przygotowania pod kątem fizycznym, posłuchał rad płynących od niewłaściwych doradców i przegrał mecz II rundy Aussie Open. O trzeciej nad ranem przechadzał się po chińskiej dzielnicy w centrum Melbourne aż wreszcie otworzył drzwi do sezamu na Russell Street i zakupił buteleczkę doskonałej whisky. Wszyscy utalentowani żużlowcy zasypiają po zawodach przy dobrej „łyżce”, a że Nick jest geniuszem w innej dziedzinie, dlatego też lubi szkocki wynalazek. Jest w kropce, bo niewiele osób rozumie jego artyzm. Szuka trenera. „Muszę coś zmienić, bo oprócz mnie trudno znaleźć gracza z pierwszej setki rankingu, który podróżuje bez trenera. Problem polega na tym, że mam trudny charakter i nikt nie chce pracować ze mną dłużej niż dwa, trzy miesiące. Mam mnóstwo szacunku dla Andreasa, bo to prawdziwy wojownik. Zasłużył na zwycięstwo” – wyznał diament z Canberry. Kyrgios stoi na rozdrożu, bo jest świadom swojego talentu i problemów związanych z lekkością z jaką przychodzi mu nawet najtrudniejsze zagranie. Przed laty Lleyton Hewitt, którego Nick darzy szacunkiem, dogadał się z rodzimą federacją na podział zysków. 50 na 50. Federacja pomoże znaleźć trenera i sponsorów, zadba o wizerunek, ale zachowuje prawo do połowy zysków. Nick zna swoją wartość, dlatego nie chce godzić się na tak haniebny układ, więc stawia się w trudnej sytuacji. „Wielu graczy mówi nieładnie w ferworze walki, macha do swojego boksu. Moi przyjaciele mnie kochają. Rozumieją, że gdy walczę, targają mną rozmaite emocje. Nie zagram w debla z Dannym Evansem, bo nie mam sił. On jest moim dobrym kumplem, więc na pewno zrozumie moją decyzję. Rusty, dla którego kocham grać, też nie będzie się gniewał jeśli nie zagram na Kooyong przeciwko Czechom. Są lepsi Australijczycy ode mnie” – stwierdził Nick po porażce z Seppim.

 

Jeden z reporterów przyznał, że John McEnroe, inny geniusz, z Wiesbaden, a nie z Canberry, skrytykował w telewizji Nicka sugerując, że Australijczyk nie starał się w końcówce meczu. Kyrgios wie, że nie miał sił, choć walczył i wyciągnął ze stanu 6-5 dla Włocha, miał piłkę meczową, ale jej nie wykorzystał. Ciało nie słuchało Nicka. Kiedy z sali padły pytania o psychologa sportu i ból w kolanie, Nick rozsiadł się w wannie pełnej sarkazmu i prawił: „nie wiem, należy spytać Johnny Macka. On wie wszystko”. Kiedy jeden z dziennikarzy pochwalił się, że rozmawiał z kibicem w trakcie meczu, Kyrgios odparł: „odlot”. Tak jakby rozmowa reportera z kibicem na trybunach Hisense Arena była wyczynem na miarę zimowego wejścia na K2… „Zasługuję na negatywne komentarze. Jestem złym człowiekiem”. Niezrozumiały jak Donald Trump.

 

Cóż, każdy z nas dojrzewa w innym rozdziale swojego życia. Tak twierdzi numer 1 światowego tenisa i przyjaciel Kyrgiosa, Andy Murray. On wie co znaczy zimny prysznic krytyki, bo po porażce z Dimitrowem na wimbledońskich kortach w ćwierćfinale w 2014 roku, reporterzy wysyłali Szkota na kozetkę do psychoanalityka. „Nigdy nie słyszałem, żeby po porażce Federera z Seppim w III rundzie Aussie Open’2015, ktoś sugerował Rogerowi, aby zasięgnął rad u psychologa sportu. A mi wbijano do uszu, że muszę szukać pomocy u eksperta w dziedzinie psychologii” – twierdził Murray. Nick jest urwisem i brzdącem, który ma takie pokłady wrażliwości, że buntuje się przed brutalnymi prawidłami rządzącymi zawodowym sportem. Chciałby oddychać pełną piersią, dba o wolność wokół siebie, bo artysta nie lubi, gdy ktokolwiek mu rozkazuje, patrzy na ręce, nakłada na niego kaganiec. Wytwórnie płytowe oczekują od artysty natychmiastowego sukcesu, a gdzie miejsce na dojrzewanie i błędy? Jak mawiał świętej pamięci, ulubiony muzyk Sereny Williams – George Michael: „trudno, aby ludzie współczuli mi, gdy przegrałem proces z Sony. Skoro mam na koncie 20 milionów dolarów, nie mogę oczekiwać, że słuchacze będą mnie żałować i przytulą do piersi. A to, że spieram się z wytwórnią o kształt mojej muzyki, mało kogo poza mną interesuje. A ja tylko troszczę się o wolność, której łaknie każdy twórca…” Nick, czyżbyś kroczył tą samą ścieżką wieczorową porą poprzez zakamarki Russell Street błagając księżyc o złotą radę?

Tomasz Lorek z Melbourne, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze