Janusz Pindera: Jak w maglu

Sporty walki
Janusz Pindera: Jak w maglu
fot. PAP/EPA

Wirtualny boks kwitnie w najlepsze. Dziś pięściarze swoje życiowe pojedynki toczą najpierw w mediach społecznościowych.

Owszem, czasami wychodzą do ringu po wypłatę, ale to też nie jest normą. A szkoda, bo gdyby te wszystkie pojedynki przenieść z wirtualnego do realnego świata, to bardzo prawdopodobne, że boks odzyskałby należną mu renomę.

 

Ale i tak nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Jeśli 29 kwietnia dojdzie do walki Anthony’ego Joshuy z Władimirem Kliczką na stadionie Wembley, w obecności blisko 90 tysięcy widzów, to będzie o niej mówił cały świat. Cieszy, że obaj nie strzepią nadaremnie języka, z szacunkiem wyrażają się o sobie, co według współczesnych standardów normą przecież nie jest.

 

Kliczkę znamy, taki był zawsze, ale Joshua mile zaskakuje. Nie tylko w ringu, gdzie zrobił wielkie postępy, ale poza nim również. Okazuje się, że jak produkt jest wartościowy, to nie trzeba śmieciowego gadania, by go sprzedać.

 

To samo możemy powiedzieć o Giennadiju Gołowkinie. Król wagi średniej też nie zwykł obrażać swoich rywali, choć gdy już zabrzmi gong, nie jest dla nich przesadnie miły. Jego amerykański przeciwnik, Daniel Jacobs również nie krzyczy, że obije mu ryja. Owszem jest pewny siebie, zapowiada, że pokona Kazacha, ale ma do tego prawo. To dobrze wróży tej walce, co więcej dobrze wróży tej dyscyplinie na przyszłość, bo myślę, że tandetne kłótnie jak z magla przestaną kiedyś być mile widziane, gdyż zwyczajnie nie będą się wizerunkowo opłacać.

 

Gołowkin w starciu z Jacobsem jest faworytem i jeśli wygra, to znów rozpoczną się dyskusje o jego walce z Saulem Alvarezem. Meksykanin, to kura znosząca złote jajka, najważniejsza postać w bokserskiej stajni Oscara De La Hoi. To on generuje 94 procent dochodów Golden Boy Promotions, jeśli wierzyć ostatnim doniesieniom. Wiadomo, że „Canelo” wyjdzie do ringu 6 maja, by zmierzyć ze swoim rodakiem, Julio Cesarem Chavezem Jr, synem legendarnego Chaveza Sr. I musi go pokonać.

 

A jeśli wygra, to De La Hoya mocno się zastanowi, jaki jest sens ryzykować i godzić się na pojedynek kogoś tak cennego z „GGG”. I wcale się nie zdziwię, gdy znowu coś wymyśli. Ale może się mylę i jednak zobaczymy ten, tak długo oczekiwany hit, tym bardziej, że już dziś nie brakuje fachowych głosów, które stawiają na Alvareza. Ja też nie mam wątpliwości, że to świetny pięściarz, ma wiele atutów i zapewne pokona Chaveza Jr, ale z Gołowkinem nie wróżę  mu sukcesu. Ten wiecznie uśmiechnięty chłopak z Karagandy połknie go i wypluje. Taki będzie scenariusz, jeśli w tym roku dojdzie do tej wojny. A jak będzie wyglądał niepewny wciąż rewanż Andre Warda z Siergiejem Kowaliowem?

 

Tego nikt nie wie. Rosjanin zrobi wszystko, by znokautować niepokonanego od dwudziestu lat Amerykanina i odzyskać pechowo utracone trzy mistrzowskie pasy w wadze półcięzkiej, ale nie zaskoczy mnie, tym razem pewne i zasłużone punktowe zwycięstwo mistrza olimpijskiego z Aten (2004). Problem w tym, że ta walka również, podobnie jak starcie Gołowkina z Alvarezem, może rozegrać się tylko w sieci.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze