PAP: W jakim składzie reprezentacja Polski pojedzie do Austrii?

 

Adam Kołodziejczyk: Wszystko już wiadomo, jeśli chodzi o kobiety: Krystyna Guzik, Magdalena Gwizdoń, Monika Hojnisz, Kinga Mitoraj i Anna Mąka. Na razie nie wiemy jeszcze, kto wystartuje w zawodach mężczyzn. Mamy pięciu zawodników, z których dwóch było do niedawna chorych. Wykorzystamy te ostatnie dni zgrupowania w Dusznikach-Zdroju, żeby ich sprawdzić i podejmiemy decyzję w ostatniej chwili, a może nawet już podczas mistrzostw.

 

Czy Polacy dobrze się czują i lubią występować w Hochfilzen?

 

Dobre wyniki osiągaliśmy w wielu miejscach, ale rzeczywiście ten obiekt jest dość przyjazny, mimo że często są tam duże opady śniegu. Zwykle odbywają się tu zawody Pucharu Świata zaraz po "mrocznej Skandynawii", gdzie jest długa noc, jest ciemno i ponuro. Ten powrót do środka Europy jest przyjemny.

 

Gwizdoń i Krystyna Guzik od dłuższego czasu nie trenują z kadrą A. To musi być niekomfortowa sytuacja dla szkoleniowców, kiedy nie mogą nadzorować treningów dwóch z trzech najlepszych, obok Hojnisz, zawodniczek?

 

W pewnym sensie już się z tym pogodziliśmy. Dla nas ważniejsze jest też ich psychiczne zdrowie. Nie ma co się teraz szarpać, bo może więcej byłoby z tego kłopotu niż pożytku. To są na tyle doświadczone zawodniczki, że dobrze znają swój organizm. Na pewno zoptymalizują te ostatnie dni przygotowań.

 

Jakie są plany pozostałej części kadry przed walką o medale?

 

Zostało już tylko kilka dni, skupiamy się na regeneracji, wypoczynku, ewentualnie drobnych szlifach. Wybraliśmy Duszniki-Zdrój, bo niedawno były tu mistrzostwa Europy, więc obiekt jest świetnie przygotowany. Możemy realizować wszystkie założenia bez problemu. W niedzielę będziemy już w Austrii, wtedy też dołączą do nas Krysia i Magda.

 

Plan startu Polaków i składy sztafet są już ustalone?

 

Jeszcze do końca nie wiemy, kto pobiegnie w sztafetach. Niekorzystny jest fakt, że sprint kobiet jest już w piątek, dzień po sztafecie mieszanej, więc będziemy musieli się jeszcze zastanowić nad czwartkowym składem. Ale chcemy, aby Polacy wystartowali we wszystkich konkurencjach.

 

Jeśli chodzi o mistrzostwa Europy w Dusznikach-Zdroju, jak oceniłby pan poziom zawodów i wyniki Polaków?

 

Z roku na rok poziom ME rośnie, przyjeżdża coraz więcej znanych biathlonistów z najwyższej półki. W tym roku również pojawiło się kilka zawodniczek z tytułami mistrzyń olimpijskich czy medalami mistrzostw świata. Jeśli chodzi o ocenę startu Polaków, na pewno jakiś niedosyt pozostał. Przypominają mi się ME w Otepaeae sprzed dwóch lat - wystąpiliśmy w nich "z marszu" po trzech rundach PŚ i choć byliśmy blisko podium kilka razy, był tylko jeden medal Weroniki Nowakowskiej w sprincie. Teraz sytuacja się powtórzyła, mieliśmy miejsca w dziesiątce, no i ten jeden medal - na szczęście - wypracowany przez Grzegorza i Krystynę Guzików ostatniego dnia.

 

To był chyba niespodziewany wynik?

 

Nie powiedziałbym. Krystyna ma już wyrobioną markę, a "Gregor" pokazał już w tym roku, że potrafi zająć wysokie miejsce nawet w Pucharze Świata. Liczyliśmy na to, że zajmą wysokie miejsce, na przykład w pierwszej szóstce, ale wiedzieliśmy, że można się pokusić nawet o medal.

 

A jeśli chodzi o organizację mistrzostw?

 

Zawsze mamy mieszane uczucia związane z zawodami organizowanymi w Polsce. Boimy się, czy wszystko się uda, czy zdążą na czas i tak dalej. Ale muszę przyznać, że byliśmy pod wrażeniem tego obiektu. Przyjechaliśmy jakby do znanego miejsca, ale okazało się, że czuliśmy się, jak byśmy byli gdzie indziej, za granicą. Musieliśmy poznać na nowo konfigurację tras. To było zaskoczenie, ale pozytywne. I nasza reprezentacja, i inne kraje raczej oceniały wszystko na plus.