Janowicz: Nie ma znaczenia, gdzie zostaną rozrzucone moje prochy

Tenis
Janowicz: Nie ma znaczenia, gdzie zostaną rozrzucone moje prochy
fot.PAP/Newscom

Australijscy fani tenisa w zdecydowanej większości kochają mistrzów łagodnych niczym baranek. Nie przepadają za charakternymi, krnąbrnymi zawodnikami, którzy nazywają rzeczy po imieniu. Na szczęście w morzu politycznie poprawnych dżentelmenów pływa jeszcze jegomość, który zwie się Gunter Bresnik. Austriak ma słabość do ludzi obdarzonych twórczym szaleństwem.

Kiedy szary zjadacz chleba spogląda na majątek wirtuoza rakiety Rogera Federera, dostaje zawrotu głowy i nie ma ochoty, aby zwlec się z łóżka o brzasku. Eleganckie samochody, nianie, posesje, miliony dolarów na koncie... To jedna strona, której zazdrości Szwajcarowi sprzedawca hamburgerów na rogu King Street i Bourke Street. Prawda jest taka, że obaj panowie żyją pod presją, bo 18-krotny mistrz Wielkiego Szlema troszczy się, aby czysto uderzyć piłkę i czarować publiczność drajw wolejem, a sprzedawca dba o kształt i artystyczny układ jalapenos skoligaconych z majonezem i serem. Roger wciąż pamięta smak łez wylewanych w Ecublens kiedy rozłąka z rodzinnym domem doprowadzała go na skraj załamania nerwowego. Nic przyjemnego… Pan przytulony do patelni i serwujący hamburgery z chęcią chciałby wylegiwać się na plaży w Sandringham i poczytać gazetę The Age, ale zanim oczyści ciało z kurzu i potu, nad Melbourne zapada zmrok, a sił brakuje na cokolwiek…

 

Tenis wciąż ma etykietę sportu, w którym krocie podnosi się lekką rączką. W rzeczywistości, na spokojny byt stać zawodników, którzy okopali się w pierwszej setce rankingu. Pozostali walczą o życie, tłoczą się z termobagami i tobołkami w pociągu klasy drugiej, podróżują podniebną klasą ekonomiczną, śpią kątem u kumpli, a zamiast eleganckiej restauracji, stołują się gdzie popadnie. I modlą się, aby zdrowie dopisało, bo szare życie oparte na bataliach w rozmaitej maści challengerach, nie ma wytwornego smaku. Włóczęgostwo, życie w wiecznej rozłące z rodziną, walka z uciekającym czasem i bitwa na noże na korcie, aby wyrwać z paszczy organizatora kilkaset euro podczas turnieju w Trnavie.

 

Sędziowie też nie mają słodkiego życia. Wayne McKewen, szef sprawiedliwych podczas Australian Open, pragnąłby wylegiwać się na basenie w rodzinnym Sydney. Zamiast oddawać się boskiemu lenistwu w temperaturze przekraczającej 30 stopni Celsjusza, w poniedziałek po finale singla mężczyzn pomiędzy Rogerem Federerem a Rafą Nadalem, Wayne wsiadł do samolotu lecącego do przerażająco chłodnej Chorwacji. Nie rozgrzeje go kapela pt. „Hladno pivo” grająca punk w Umagu… Co prawda ITF (Międzynarodowa Federacja Tenisowa) nie skąpi monet i zafundowała Wayne’owi przelot w klasie biznes na trasie Melbourne – Zagrzeb – Melbourne, ale kto przy zdrowych zmysłach, chciałby po czterech tygodniach tytanicznej pracy podczas Aussie Open pomachać wirtualnie małżonce i dzieciom na pożegnanie i oznajmić najbliższym, że czeka go weekend w Osijek? Mecz Pucharu Davisa w Grupie Światowej: Chorwacja – Hiszpania, który miał być hitem, przerodził się w pokaz komików, gdyż finaliści ubiegłorocznej edycji zagrają bez dwóch strzelb: Cilicia i Dodiga. Ivan Dodig zmęczony po finale miksta Australian Open, obwieścił, że wraca do domu, bo stęsknił się za dziećmi i zamiast grać w kadrze, zrelaksuje się przy partyjce golfa. A kątem oka będzie zerkał na więzienie w Zenicy, którym w żartach straszył Łukasza Kubota. Dodig ma dość wszystkiego, bo spędził miesiąc w Australii, wypluł z siebie tyle energii co wody w morzu Tasmana i marzy o hamaku z lampką dobrego wina. Wayne też wolałby kimać przy zapachu eukaliptusa, ale cóż było począć: spakował walizki i nerwowo wypatrywał chorwackiego szofera na lotnisku Zraćna Luka w Zagrzebiu. A przy tym błagał niebiosa, żeby bagaż doleciał na Bałkany, bo w podkoszulce Rip Curl może być krucho na chorwackiej ziemi.

 

Igor Zelenay, Damir Dżumhur, Ilija Bozoljac, Michał Przysiężny, Mirza Basić – ci panowie wiedzą jak smakuje pot wylany na korcie i poza nim. Oscylują wokół granicy wiecznego śniegu. Walka o koronę Himalajów im nie grozi, ale chcieliby przynajmniej zarobić na gorącą strawę, aby nie biwakować pod gołym niebem. Fin Henri Kontinen, świeżo upieczony mistrz debla Australian Open (w parze z kangurem Johnem Peersem) zaklina niebiosa, żeby jego zniszczone przez zawodowy sport kolana, wytrzymały jeszcze kilka sezonów, aby nie musiał martwić się o uregulowanie opłaty za czynsz w estońskim Tallinnie. Jerzy Janowicz, przed którym znakomity trener i niedoszły lekarz – Gunter Bresnik otworzył serce, też wie ile nerwów kosztowały go diagnozy lekarzy dotyczące kolana. Wieczne balansowanie na linie… Cmoknięcie luksusu przez kilka minut, a potem zjazd do kopalni i poszukiwanie drogi, która umożliwi złapanie oddechu… Owszem, gwiazdy tenisa i ludzie będący na świeczniku mają łatwiej, bo na chleb im wystarczy, ale muszą mierzyć się ze wścibskim i wygłodniałym wzrokiem kamer. Federer od lat ma swojego zaufanego szofera w Melbourne, który wozi Szwajcara i jego sztab takimi koleinami, o istnieniu których wiedzą tylko miejscowe mrówki. Roger, co zrozumiałe, nie chce, aby ktoś zaglądał mu do talerza podczas śniadania i strofował go, że nie trzyma widelca jak Ludwik XVI, dlatego odgradza się od reszty towarzystwa i podróżuje ze swoją świtą prywatnym samolotem. Bywa, że Roger z Bazylei wybiera jednak regularne linie lotnicze i stawia na Fly Emirates. Jeżeli król ofensywnego tenisa będzie miał humor, to pozwoli „Ljubo” – Ivanowi Ljubiciciowi, byłej rakiecie numer trzy na świecie, skorzystać z dobrodziejstw pierwszej klasy tudzież biznesu.

 

30 stycznia 2017 roku akurat nastrój nie pozwolił na szastanie groszem i Ljubo, chcąc nie chcąc, poskładał się na ekonomicznym fotelu w drodze z Melbourne via Dubaj do Monaco. A godzi się przypomnieć, że Ljubo nie jest nikczemnego wzrostu niczym Dudi Sela… Chorwat nie chciał lecieć do Osijek na Puchar Davisa. Któż by chciał, skoro ciało i dusza zostały wymiętolone jak ziarna piasku przez wiatr na plaży Brighton w Melbourne... Jak zgrabnie ujął to John „Newk” Newcombe, legendarny australijski tenisista, zdobywca siedmiu tytułów Wielkiego Szlema w singlu, który jako jeden z pierwszych opatentował wynajem domku w pobliżu wimbledońskich kortów zamiast chrapania w hotelu – Roger to wielki mistrz tenisa, ale mieszka w złotej klatce. „Ma 4 nianie, 2 ludzi do podcierania pupy, 4 kucharzy, 3 praczki, 2 guwernantki, pół biliona dolarów i corocznie podczas Australian Open kurier doręcza mu ręcznie napisany list poddańczy od Kena Rosewalla” – słowa Newka przesycone są sarkazmem, ale obrazują życie szczęśliwego człowieka, który musi otoczyć się kordonem ludzi, aby podłubać sobie w nosie na osobności…

 

Z punktu widzenia swobody, szczęśliwiej przemieszcza się po świecie dżentelmen zwany „Fabryką” – Fabrice Santoro. Francuski czarodziej rakiety idzie per pedes z hotelu na przystanek tramwajowy linii 70, nikt go nie zaczepia, słoneczko przyświeca, a naciąg wsłuchuje się w szmer mew i tęskni za zapachem szyn. Fabrice przepuści zatłoczony tramwaj, jeśli tylko będzie miał taki kaprys. Ludzie urodzeni na Tahiti wyznają ciekawą filozofię życia. Nie spieszą się i nie płaczą, że nikt ich nie rozpoznał w wyludnionym tramwaju, choć Fabrice nie był leszczem, bo wygrał 6 turniejów w singlu i 24 w deblu. Wyjątkowy sztukmistrz. W 2008 roku Santoro przegrał z Federerem w II rundzie Australian Open. Szwajcar oddał wówczas Francuzowi 3 gemy… Mimo to, Fabrice dwukrotnie w karierze znalazł sposób na mistrza Rogera.  

 

Roger czuł się na Rod Laver Arena jakby doił krowy z Royem Emersonem nieopodal kortu centralnego w Gstaad. Niemalże tak komfortowo jakby grał mecz Pucharu Davisa w hali świętego Jakuba, podczas gdy Rafa przypomniał sobie wrześniowy pojedynek w New Delhi pod wodzą Conchity Martinez w play – off Grupy Światowej… Cóż, wśród tych, którzy na czarnym rynku zapłacili za wejściówkę na finał singla circa 8 000 australijskich dolarów, są tacy, którzy wytykają Hiszpanowi tiki nerwowe i pieczołowitą dbałość o ustawienie butelek z wodą, ganią Kyrgiosa za impulsywność i niedojrzałość emocjonalną, a hołubią Rogera za efektowny styl gry i nienaganne maniery.

 

Na szczęście, wśród rodaków Hewitta, Raftera i Stolle’a są jeszcze tacy, którzy pamiętają mecz Jerzego Janowicza z leworęcznym Hiszpanem, zakochanym w nisko fruwających ponad siatką slajsach – Feliciano Lopezem. Polak przegrał przed dwoma laty zacięty mecz w III rundzie singla na Margaret Court Arena i zasłynął sentencją jak ulał pasującą do wimbledońskiego sędziego stołkowego: „Quiet, please”. Otóż, gdy skrzeczące mewy upodobały sobie pułap na wysokości wyciągniętej ku górze dłoni Polaka, Jerzy, niby skarżąc się na ptasi hałas, zapragnął uroczo uciszyć mewy. Pozwolił piłce spaść na kort i rzekł zadzierając głowę ku ptakom: „Quiet, please”. Publiczność zgromadzona na MCA okrasiła słowa Janowicza gromkim śmiechem. Kibice uchwycili w lot dowcip Polaka. Podobnie jak widzowie w Perth, którzy przed dwoma laty zarechotali podczas Pucharu Hopmana, gdy Polak zaoferował sędzinie użyczenie własnego laptopa. To była reakcja Jerzego na awarię palmtopa i brak aktualizacji wyników… Bresnik, autorytet w gronie trenerskim, lubi osobników, którzy wyłamują się ze stereotypów i nie powtarzają banałów na każdym kroku. Jednakowoż, Gunter sporo wiosen już przeżył na tym padole i wie, że masy kochają zwycięzców. Mistrzom wybacza się okruszynę arogancji, a pretendentom do tytułów ludziska są w stanie wytknąć najmniejsze naruszenie etykiety… Cóż, taki jest ten świat…         

 

Tomasz Lorek: Jerzy, ostatnio wertowałem stare tenisowe programy. Przyglądam się wnikliwie, patrzę, a tu sezon 2008 i challenger we Wrocławiu. Nicolas Mahut (z którym Polak wygrał w trzech setach mecz I rundy), a na sąsiedniej stronie sylwetka Jerzego Filipa Janowicza. Pamiętasz komu zawdzięczasz imię Filip?

 

Jerzy Janowicz: Filip?

 

Na drugie imię masz Filip. Bardzo mnie ciekawi po kim odziedziczyłeś to imię…

 

Nie znajduję odpowiedzi na to pytanie (serdeczny uśmiech Jerzego).

 

Po dziadku czy po wujku? Tata czy mama wymyślili takie drugie imię dla ciebie?

 

Nie wiem, nie mam pojęcia. Na pewno Filip nie figurował w mojej rodzinie.

 

A kto wymyślił ksywę „Janówa”?

 

Ależ… Raczej nie wołają na mnie „Janówa”. Na tatę mówią „Janówa”. Na mnie ludzie z reguły mówią: „Jerzyk”.

 

Ach, zatem na twojego tatę mówią „Janówa”. A Paweł Motylewski, pseudonim artystyczny „Motyl”, sława trenerska, wyjawił mi kiedyś, że wołają na ciebie „Janówa”.

 

Nikt ze znajomych ani z tenisistów raczej nie mówi do mnie „Janówa”.

 

Więcej na kolejnej stronie.

 

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze