Mistrzowie odmawiają Trumpowi. Ten zwyczaj ma swoją historię

Inne
Mistrzowie odmawiają Trumpowi. Ten zwyczaj ma swoją historię
fot. PAP/EPA
Martellus Bennett (z prawej) nie chce jechać do prezydenta Trumpa.

Dwóch czarnoskórych zawodników New England Patriots zadeklarowało, że nie przyjdą do Białego Domu na tradycyjne spotkanie z prezydentem USA po zdobyciu Super Bowl. W przeszłości takie manifestacje już się zdarzały.

Wizyty mistrzowskich drużyn z czterech wielkich lig zawodowych u aktualnego prezydenta to w USA tradycja. Przyjeżdżają tam koszykarze z NBA (Barack Obama jest wielkim fanem koszykówki), przyjeżdżają baseballiści, hokeiści. Przyjeżdżają też futboliści. Pamiątkowe zdjęcie, koszulka z nazwiskiem głowy państwa i jakimś symbolicznym numerem, uśmiechy, gratulacje - ma być miło i przyjemnie. Ale nie zawsze tak jest, bo często te kurtuazyjne wizyty są wykorzystywane do politycznych manifestacji.

 

I, jak zwykle, najgłośniej mówi się wtedy o tych, którzy się w Białym Domu nie pojawili, na zasadzie, że najbardziej rzuca się w oczy nieobecność, a najgłośniej krzyczy wymowne milczenie. Bo jak to? Nie przyjechać, nie zrobić sobie zdjęcia, kiedy prezydent zaprasza i koledzy się wybierają? Tak będzie tym razem, bo dwóch zawodników New England Patriots zapowiedziało, że w Białym Domu się nie pojawią, bo "nie czują się tam mile widziani".

 

Pierwszy, jeszcze przed finałem, zadeklarował się grający na pozycji tight end Martellus Bennett. W trakcie spotkania długo wydawało się, że niepotrzebnie wyrwał się ze swoimi zapewnieniami, bo Atlanta Falcons prowadzili i nic nie zapowiadało, że przegrają. Genialna gra zespołu, a zwłaszcza rozgrywającego Toma Brady'ego w czwartej kwarcie spowodowała, że Patriots zdobyli mistrzostwo i mogą przyjechać do Waszyngtonu.

 

Po meczu do Bennetta dołączył jeszcze Devin McCourty i o proteście jest co raz głośniej. Obaj czarnoskórzy zawodnicy mówią wprost, że nie pojawią się w proteście przeciwko polityce Donalda Trumpa, bo prezydent "ma tyle ostrych sądów i uprzedzeń, że niektórzy mogą się tam czuć nieakceptowani", a ponadto "Ameryka została zbudowana na włączaniu ludzi, a nie ich wykluczaniu".

 

Obaj zawodnicy już wcześniej wyrażali poglądy, unosząc pięść podczas grania hymnu USA przed jednym z meczów. Dołączyli w ten sposób do akcji zapoczątkowanej przez innego czarnoskórego zawodnika NFL Colina Kaepernicka. Pieprzu sprawie dodaje fakt, że kiedy dwa lata temu Patriots także wygrali Super Bowl, to u prezydenta Baracka Obamy nie pojawił się quarterback Brady. Zawodnik wymówił się ustalonymi wcześniej obowiązkami rodzinnymi, ale potem wyśledzono go na stadionie, jak trenował samotnie, podczas gdy reszta drużyny ustawiała się do zdjęcia w Białym Domu. Może się wydawać, że Brady chciał być wtedy widziany, bo przecież gdyby chciał utrzymać swój "bojkot" w tajemnicy, to wystarczyło, że siedziałby w domu.

 

Sprawa jest jeszcze ciekawsza, jeśli się weźmie pod uwagę, że prezydent Trump i Brady się przyjaźnią, a prezydent stwierdził, że zawodnik Patriots zadzwonił do niego z gratulacjami z okazji inauguracji prezydentury. Nic dziwnego, że tak walczył o zwycięstwo nad Atlanta Falcons.

 

Odmawianie wizyt w Białym Domu ma swoją historię. Już wcześniej doświadczył tego prezydent Obama, który w 2013 roku zaprosił do siebie Miami Dolphins, jedyną drużynę w historii, która zdobyła tytuł i nie przegrała żadnego meczu w sezonie. Kiedy Dolphins mieli się stawić w Waszyngtonie po zdobyciu tytułu prezydent Richard Nixon "nie miał czasu" ich przyjąć, bo zmagał się właśnie z aferą Watergate. Kilkadziesiąt lat później kilku członków mistrzowskiej drużyny odmówiło przyjazdu do Waszyngtonu, bo nie lubią prezydenta Obamy (Manny Fernandez, Bob Kuechenberg, Jim Langer). W 2012 roku przyjazdu odmówił bramkarz Boston Bruins Tim Thomas, bo "Rząd Federalny zagraża wolnościom, prawom i własności obywateli" i on, jako wolny obywatel, skorzystał ze swojego prawa do tego, by nie pojawiać się w Białym Domu.

 

W przeszłości najgłośniej było o deklaracjach dwóch wielkich koszykarzy, którzy odmówili przyjazdu do Białego Domu, zajmowanego przez prezydenta z Partii Republikańskiej. Michael Jordan w 1991 roku stwierdził, że woli spędzić czas z rodziną, zamiast udać się na spotkanie z George'em Bushem. Kilka lat wcześniej Larry Bird stwierdził, że jeśli "prezydent Reagan chce się z nim spotkać, to wie, gdzie go znaleźć". Nic nie wiadomo o tym, by prezydent Reagan kiedykolwiek szukał Larry'ego Birda.

 

Łukasz Majchrzyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze