W toruńskiej hali wykonała pani taniec zwycięstwa. Radość z rekordu Polski i triumfu w cyklu IAAF World Indoor Tour jest pewnie wielka...

 

Joanna Jóźwik: Przyznaję, że ten taniec był nieco wymuszony przez otoczenie. Nie lubię szczególnie, gdy ktoś mnie do tego nakłania, a sama nie czuję takiej potrzeby. Po rekordowym biegu byłam mocno zmęczona. Zapłaciłam za to tempo, ale po chwili była również ogromna radość i przypływ endorfin. Pojawiły się także łzy szczęścia. Po to się trenuje, żeby łamać kolejne bariery, a jestem przekonana, że w hali mogę uzyskać rezultat poniżej 1.59,00. Za tydzień wystąpię w Birmingham. Zobaczymy, jaki osiągnę tam wynik. Na tym koniec startów halowych. Nie wystartuję w halowych mistrzostwach Europy w Belgradzie. Letni czempionat globu w Londynie jest ważniejszy.

 

Mówiła pani przed tym startem, że jest lepiej przygotowana do sezonu niż w poprzednich latach. Sprawdziło się to w stu procentach. Jest jednak jeszcze rekord na 800 metrów na otwartym stadionie – 1.56,95 Jolanty Januchty z 1980 roku. Teraz kolej na niego?

 

To kolejny cel do zrealizowania. Postaram się go pobić w sezonie letnim, ale wcale nie będzie to proste. Uzyskanie lepszego rezultatu pozwoliłoby mi znaleźć się w ścisłej czołówce światowej. Trzeba walczyć o swoje marzenia. Ograniczenia są tylko w głowie.

 

Gdzie zatem są rezerwy w przygotowaniu?

 

Przede wszystkim w wytrzymałości, ale mam również rezerwy w szybkości i sile. Cały czas nad tym pracuję. Kolejny rok dokładam następne cegiełki do swojego doświadczenia i przygotowania, co procentuje na bieżni. Jestem w najlepszym wieku dla średniodystansowców. Mam 26 lat i nadzieję, że jeszcze sporo przede mną.

 

Na podium ME w Zurychu w 2014 roku stanęła pani jako bardzo młoda zawodniczka. Historia uczy, że sukcesy na dystansie 800 metrów można osiągać jeszcze dobrych kilka lat...

 

Mam nadzieję, że są rezerwy i wszystkich nie wykorzystam teraz, a wystarczy ich na następne lata. Chcę pokazywać, że Polacy potrafią biegać na 800 metrów. Są przecież poza mną – niezwykle utytułowani i utalentowani – Adam Kszczot, Marcin Lewandowski, Andżelika Cichocka i Sofia Ennaoui.

 

Rywalizacja w kraju daje dodatkową motywację do ciężkiej pracy?

 

Oczywiście. To nas wszystkich nakręca. Pokazujemy, że Polak potrafi, a każdy z nas chce udowodnić, że też może i chce biegać coraz szybciej. Konkurencja na najwyższym poziomie zawsze daje pozytywne efekty.

 

Były takie okresy w historii światowej lekkoatletyki, że Polacy byli królami biegów. Teraz możliwa jest skuteczna walka z Afrykanami?

 

Jestem o tym przekonana. Moją pewność siebie budują dotychczasowe wyniki. Bez nich byłoby o nią zdecydowanie trudniej.

 

Niedługo wybiera się pani na obóz do Brazylii. Może tam będzie okazja, żeby potańczyć, np. na plaży Copacabana, poza blaskiem fleszy?

 

Nie będzie niestety takiej okazji. Copacabana musi poczekać. Lecimy co prawda do Rio, ale stamtąd od razu do Belo Horizonte. Krótki odpoczynek będę miała pomiędzy startem w Birmingham a wylotem do Brazylii. Trener Andrzej Wołkowycki zdecydował, że tam będziemy przygotowywać się do sezonu letniego. Miał to miejsce już upatrzone wcześniej i ufam mu w stu procentach, że ten obóz przyniesie pożądane efekty.