Iwańczyk: Futbol był piękny

Piłka nożna
Iwańczyk: Futbol był piękny
fot.PAP/EPA

W dwa dni, niczym w pigułce, udało nam się doświadczyć, jak bardzo na niekorzyść zmienił się futbol. Dwa mecze - w maleńkim Sutton i na gigantycznym Etihad Stadium - pozwoliły nam poczuć sens piłki na nowo i jednocześnie uświadomić sobie, dlaczego coraz rzadziej widowiska piłkarskie są dla kibiców transcendentnym przeżyciem.

Byłem świeżo po spotkaniu z autorami bestsellerowej „Futbonomii”, napisanej przez dziennikarza sportowego Simona Kupera i ekonomistę Stefana Szymańskiego. Ten drugi futbol bierze na chłodno, interesują go przede wszystkim finansowe zjawiska najpopularniejszej w dziejach ludzkości rozrywki. Nawet nie silił się, żeby zdradzić choć minimum emocjonalnego zaangażowania w rywalizację klubową czy reprezentacyjną. Był wręcz cyniczny, kiedy kpił ze swoich rodaków oczekujących, że ich drużyna narodowa powinna być za każdym razem mistrzem Europy lub świata, podczas gdy nie potrafi sięgnąć po żadne trofeum od 1966 r., a wszelkie wywody statystyczne świadczą o tym, że na realny sukces nie mają żadnych szans.

 

Więcej serca spodziewałem się po Kuperze. On z kolei stwierdził, że jego bezkrytyczne postrzeganie świata piłki skończyło się wraz z zejściem ze sceny jego idoli. Jednym z ostatnich był Frank Rijkard, może dlatego, że Kuper zajmował się długo holenderską piłką. Aktualnie Kuper jest wobec piłki wręcz cyniczny. „Piłka dla dzieciaków? Wolałbym, żeby moje dzieci myślały o profesjonalnej karierze, niewielu robi prawdziwe kariery”; „Emocje w futbolu? Gdyby ci wszyscy ludzie angażujący się w piłkę wiedzieli, że jak bardzo instrumentalnie są traktowani przez ten biznes, nie ładowaliby weń swoich uczuć i potężnej kasy”.

 

Na chwilę wyzwoliłem w nim emocje, kiedy zacząłem wspominać Johana Cruyffa. Kuper zapalił się, ale zaraz wszedł na racjonalną ścieżkę i wytłumaczył, że fascynowało nas to, co było naszym niedoścignionym ideałem, rozbudzało pragnienia i uniesienia.

 

„Musisz jednak przyznać, że wielu twoich idoli straciło blask, kiedy miałeś wreszcie okazję poznać ich z bliska. Z wyidealizowanych postaci wciąż może pozostawali artystami w swoim fachu, ale często nieznośnymi, pełnymi przywar i buty” – w ten sposób Kuper znów sprowadził mnie na ziemię, choć akurat Cruyffa, fenomenu nie tylko na boisku, ale i poza nim, to nie dotyczyło.

 

Zbity z pantałyku, bo choć z trudem, wciąż staram się obdarzać traktować futbol bezwarunkowym uczuciem, przypomniałem sobie, że wśród finansowo-marketingowych mechanizmów, które odczłowieczają piłkę tak szybko, jak nigdy wcześniej, są i momenty piękne. Jak ten z poniedziałkowego wieczoru, kiedy w piątej rundzie Pucharu Anglii piątoligowy Sutton podejmował wielki Arsenal. Mniejsza o wynik tego meczu (0:2), ważne, że są jeszcze miejsca, gdzie ludzie z tak odległych dla siebie światów mają szansę stanąć do otwartej rywalizacji. Jeśli będziecie mieli raz jeszcze zobaczyć obrazki z tego spotkania, idę o zakład, że roześmiejecie się w sercu na obitą blachą trybunę gości na kilkadziesiąt osób. Czyż nie był powrotem do przeszłości widok grubego jak beczka rezerwowego bramkarza Wayna Shawa, który w tracie spotkania pałaszował ciastko? Jakkolwiek było to głupie, podejrzewam, że w wielu obudziło nadzieję, że piłka nożna wciąż jest dla wszystkich.

 

Nazajutrz trzeba było jednak zejść na ziemię - okazało się, że 45-letniego Shawa należy zawiesić, bo jeden z bukmacherów wystawił taki zakład. Choć 45-letni bramkarz na wynik meczu nie wpływał, wprost przecież przyznał, że widział o zakładzie, co podsunęło mu pomysł, uznano to za godzące w imię klubu. Na marginesie w Premier League wciąż gra Joey Barton oskarżony o to, że dokonał 1260 zakładów bukmacherskich w ostatnich 10 latach, więc rozumiecie pewnie i moje poczucie niesprawiedliwości wobec Shawa.

 

Podobnie było we wtorek. Strzelający do siebie jak do kaczek piłkarze Manchesteru City i AS Monaco (5:3) dali nam poczuć, że futbol to nie tylko wypracowane do perfekcji schematy, w których więcej znanej z szachów strategii niż artystycznej improwizacji. Fakt, obrońcy popełniali błędy na potęgę, ale przecież istotą każdej gry zespołowej jest właśnie błąd. By zrealizować do końca najzmyślniejszy wariant, pomylić musi się przeciwnik. Na Etihad Stadium mylił się także sędzia i choć jestem gorącym zwolennikiem powtórek wideo w meczach piłkarskich, wydarzenia te nadawały dodatkowego dramatyzmu, koniec końców zostały nawet zapomniane przez tych, których błędne decyzje arbitrów dotknęły. Radość z tego, co wydarzyło się w Manchesterze, spotęgował wynik z Leverkusen i kolejne sześć goli w meczu Bayeru z Atletico.

 

Dziś jest środa, znów należy zejść na ziemię. Przypomnieć sobie, że te 14 goli w dwóch meczach fazy pucharowej Ligi Mistrzów to absolutny wyjątek w całej historii. Najważniejszymi klubowymi rozgrywkami na świecie rządzą twarde reguły – na boisku taktyczne, poza nim – menedżersko-finansowe. Twardogłowi będą stać przy swoim, że to rozrywka należna najbogatszym i najlepszym, reszta się nie liczy. A na zielonej trawie – padnie 1:1, 1:0 lub 0:0 (statystycznie najczęstsze wyniki).

 

Pewnie takie bezpretensjonalne cuda, jak w Pucharze Anglii i Lidze Mistrzów zdarzać się będą, ale nam pozostaje nam dojmujące wrażenie, że futbol nie jest, a był piękny.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze