MŚ w biathlonie: Królowa jest tylko jedna

Zimowe

Za nami biathlonowe Mistrzostwa Świata w Hochfilzen. Trzeba przyznać, że pod wieloma względami zawody w austriackim Tyrolu były najlepszą biathlonową imprezą w ostatnich latach. Praktycznie w każdej konkurencji emocje towarzyszyły nam do dosłownie ostatnich sekund. Królową polowania okazała się Laura Dahlmeier, Niemka w Hochfilzen zdobyła 5 złotych i 1 srebrny medal.

Bez wątpienia ozdobą tych mistrzostw był pojedynek Laury Dahlmeier i Gabrieli Koukalovej. Niemka zaczęła od złota w sztafecie mieszanej a Czeszka odpowiedziała złotem w sprincie. Kolejne trofea należały już do Dahlmeier. Dla 23-latki z Garmisch-Partenkirchen był to najlepszy start w karierze. Niemka pobiła rekord Norweżki Tory Berger, która na mistrzostwach w 2013 roku wywalczyła też 6 medali, ale tylko 4 były z najcenniejszego kruszcu. Laura, dla której były to dopiero trzecie Mistrzostwa Świata awansowała już na 8. miejsce w klasyfikacji medalowej wszech czasów. Imponujące były nie tylko wygrane, ale styl w jakim Dahlmeier to robiła. Świetnie wytrzymywała presje na strzelnicy i umiejętnie rozkładała siły w biegu. Bez wątpienia narodziła się nowa królowa biathlonu, której talent rozkwitał już od kilku sezonów. A wydaje się, że to dopiero początek biathlonowej drogi sympatycznej Laury. Miejmy nadzieję, że po prawdopodobnym sukcesie na przyszłorocznych Igrzyskach w Pjongczang, nie pójdzie w ślady swojej utytułowanej rodaczki Magdaleny Neuner i nie odłoży karabinka do szafy. Wydaje się, że przed Niemką jeszcze wiele sukcesów i szkoda by było, aby tak wspaniała zawodniczka zniknęła z biathlonowych tras. Laura ma chyba jednak na szczęście inny charakter i sportowa rywalizacja płynie w jej krwi.

Na pewno zapamiętamy także kilka innych występów na tych mistrzostwach. Do nich zaliczyć możemy brązowy medal w sprincie Francuzki Anais Chevalier. Imponujący występ w biegu pościgowym powracającej po półtorarocznej przerwie Darii Domraczewej, która przy bezbłędnym strzelaniu zdołała awansować z 27. na 2 miejsce, a także imponujący bieg i brązowy medal Finki Kaisy Makarainen w biegu ze startu wspólnego.

Szkoda, że przy okazji podsumowania mistrzostw zbyt wiele ciepłych słów nie mogę napisać o występie naszych zawodniczek. Polki swój najlepszy rezultat osiągnęły pod koniec imprezy, zajmując 7. miejsce w sztafecie. Zawiodły jednak w startach indywidualnych. Najlepsze 25. miejsce zdobyła Magdalena Gwizdoń w biegu pościgowym. Bez formy była Monika Hojnisz, czego najlepszym przykładem był bieg indywidualny, gdzie Polka mimo tylko jednego pudła, na mecie była dopiero 30. Krystyna Guzik, biegowo prezentowała się najlepiej z naszych zawodniczek, ale niestety miała kłopoty na strzelnicy. Nie należy jednak zapominać, że Polka miał sporo zdrowotnych problemów przed sezonem i tak naprawdę trudno było oczekiwać, że Krystyna powtórzy sukcesy z ubiegłego sezonu. Nasze młodsze zawodniczki Anna Mąka i Kinga Mitoraj dopiero uczyły się startów na takiej imprezie i miejmy nadzieję, że zaprocentuje to w przyszłych latach. Dowodem na słabe występy naszych reprezentantek był fakt, iż żadnej z nich nie oglądaliśmy w gronie 30 najlepszych zawodniczek startujących w ostatniej konkurencji mistrzostw biegu ze startu wspólnego. Taka sytuacja przytrafiła się po raz pierwszy od 2009 roku.

Jeśli chodzi o panów pewien niedosyt może czuć Martin Fourcade, choć może dziwnie to brzmi kiedy weźmiemy pod uwagę, że Francuz na tych mistrzostwach zdobył 1 złoty medal, 2 srebrne i 2 brązowe. Jednak trzeba wziąć pod uwagę jak bardzo w tym sezonie Fourcade zdominował biathlonową rywalizację na Pucharze Świata. Dla porównania, przed rokiem w Oslo, Martin wywalczył 4 złote medale. Mam jednak przekonanie graniczące z pewnością, że Fourcade powetuje sobie to za rok na Igrzyskach w Pjongczang.

Dla mnie bohaterem numer jeden wśród panów była Lowell Bailey. 35-letni Amerykanin wywalczył w w fantastycznym stylu złoty medal w biegu indywidualnym, tym samym zostając pierwszym Mistrzem Świata ze Stanów Zjednoczonych. Swój największy sukces w karierze osiągnął także Benedikt Doll. Niemiec w sprincie o zaledwie 0,7 sekundy wyprzedził Johannesa Boe i także zdobył swój pierwszy złoty medal. Skoro o Boe mowa wydaje się, że to właśnie Norwegowie i Norweżki są największymi przegranymi mistrzostw. Skandynawowie wracają z Hochfilzen bez złotego medalu. Choć akurat i w tej ekipie jest jeden zawodnik, który nie będzie źle wspominał tej imprezy. 43-letni Ole Ejnar Bjoerndalen zdobył brąz w biegu pościgowym i był to już jego 45. medal Mistrzostw Świata.

Jeśli chodzi o występ naszych reprezentantów, bez żadnej złośliwości napiszę, że wszystko było zgodnie z przewidywaniami. O medalach nie mieliśmy nawet co marzyć, a na pewno miłym akcentem był awans Grzegorz Guzika do biegu pościgowego. Na razie niestety to wszystko na co nas stać i ciężko sobie jakoś wyobrażać, że wkrótce diametralnie się to jakoś zmieni. Najważniejsze, że u Grzegorz widać postęp w porównaniu z poprzednim sezonem i oby Polak nadal robił postępy bo świat nam niestety odjeżdża.

Na koniec o emocjach, bo tych nie brakowało w żadnym wyścigu. Oprócz kosmicznego poziomu tych mistrzostw zawdzięczaliśmy je także pogodzie i godzinie rozgrywania poszczególnych konkurencji. Wyścigi zaczynały się po godzinie 14:00, przy pełnym słońcu i ze względu na to część czołowych zawodników decydowała się na starty w ostatnich grupach, licząc na to, że im później pojawią się na trasie, tym narty będą lepiej pracować. Zazwyczaj przy okazji sprintów czy biegów indywidualnych skład podium poznajemy w połowie konkurencji, tutaj tak nie było. Każdy z tych wyścigów rozstrzygał się dosłownie w ostatnich sekundach. I właśnie te fantastyczne końcówki biegów kibice biathlonowi będą wspominać długimi latami.

Marcin Muras, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze