Do końca sezonu 2015/16 grał w pierwszoligowej Legii Warszawa. Mimo ofert, nie zdecydował się latem na podpisanie umowy, a trenując w Stanach Zjednoczonych doznał kontuzji.

 

19 stycznia ogłosił decyzję o zakończeniu kariery. W stolicy uczestniczył też w projekcie powołania akademii koszykarskiej przy Legii, ale i ten etap współpracy z wojskowym klubem to już przeszłość.

 

- Poświęcałem się w stu procentach koszykówce, jej było podporządkowane moje życie. Teraz układam sobie wszystko na nowo i mam wiele pomysłów, projektów koszykarskich, które chcę realizować w Polsce i mam nadzieję, że wkrótce +wypalą+. Generalnie chcę pracować z młodzieżą i zachęcać ją do oderwania się od komputera czy tableta i ruszania się, nie musi być to od razu sport wyczynowy. Legia po zakończeniu sezonu nie widziała dla mnie miejsca w zespole, więc po prostu się rozstaliśmy. Projekt szkółki koszykarskiej, którego byłem twarzą działa, ale już beze mnie. Oczywiście dom w Phoenix zostaje - tam będę się relaksował i wygrzewał stare kości - powiedział.

 

W 2002 roku Trybański trafił z Pruszkowa do zespołu ligi NBA - Memphis Grizzlies. Podpisał trzyletni kontrakt na kwotę 4,8 mln dolarów. W najlepszej koszykarskiej lidze świata w latach 2002-2004 rozegrał 22 mecze - 15 w Memphis, cztery w Phoenix Suns i trzy w New York Knicks. W Arizonie ma dom i dzieli swój czas między Phoenix i Warszawę.

 

- Przyjechałem w grudniu na święta i tak się zasiedziałem, ale to nie znaczy, że nie mam żadnego kontaktu ze sportem. Oczywiście to nie ten sam wymiar co regularnie treningi koszykarskie, ale codziennie coś robię, ruszam się, na przykład na siłowni. Kilkanaście dni temu po raz pierwszy miałem na nogach narty zjazdowe. Wcześniej nie mogłem spróbować, bo groziło to kontuzją, a i niektóre kontrakty na takie "ekstremalne" sporty mi nie pozwalały. Bardzo fajne uczucie - przyznał.

 

Były koszykarz stał się fanem innej dyscypliny...

 

- Totalnie "wkręciłem się" w treningi bokserskie. Bardzo fajne. Nikogo nie biję! Właśnie chodzi o to, by poruszać się dla podtrzymania kondycji, a to jest idealna dyscyplina. Codziennie jestem aktywny fizycznie. Często ćwiczę razem z żoną, bo ona też jest sportowo nastawiona i wspiera mnie w pomysłach oraz treningach - zdradził.

 

Trybańskiego, który w sezonie 2005/06 występował na zapleczu NBA - w D-League i został jej liderem w klasyfikacji bloków, nadal ciągnie jednak na parkiet.

 

- Gdy siedziałem na trybunach podczas meczów Pucharu Polski czułem się dziwnie. Wiadomo, że czasami oglądałem kolegów z ławki, ale byłem cały czas w cyklu treningowym, a teraz zastanawiam się, czy po kilku miesiącach przerwy byłbym w stanie zrobić to czy tamto na parkiecie. Poziom turnieju był niezły, a Stelmet BC Zielona Góra był faworytem od początku, choć miał trudnych rywali, w tym na początek Polski Cukier Toruń - dodał.

 

20 lat na parkietach świata, bo po NBA grał także w Grecji, Czechach i na Litwie, odcisnęło piętno na sposobie życia. Na razie były koszykarz nie zmienił przyzwyczajeń i nawyków, w tym żywieniowych, ale nie ma problemu z nadwagą, wręcz przeciwnie.

 

- Jem tak jak jadłem, zresztą cały czas spalam energię, więc zapotrzebowanie na kalorie jest. Pozwalam sobie nawet na więcej i myślę, że może wreszcie uda mi się nabrać masy... po zakończeniu koszykarskiej kariery. Gdy trenowałem miałem wszystko oczywiście wyliczone, ale nie byłem w stanie dostarczyć organizmowi tyle energii, bo wychodziło na to, że co trzy godzinny musiałbym jeść porządny obiad - podkreślił.