Kubot: W deblu jest coraz większa konkurencja

Tenis
Kubot: W deblu jest coraz większa konkurencja
fot.Cyfrasport

Po dwóch dekadach meksykański kurort Acapulco zerwał z tradycją. W 2014 roku zamiast na mączce, tenisiści spragnieni słońca, walczyli na kortach twardych. Łukasz Kubot dwukrotnie triumfował w turnieju deblowym rozgrywanym na kortach ziemnych w Acapulco. Transmisje z Meksyku ruszają w Polsacie Sport w nocy z poniedziałku na wtorek.

Austriak Oliver Marach i Hiszpan David Marrero to partnerzy deblowi, z którymi Łukasz sięgał po zwycięstwa w 2010 i 2013 roku. Zawsze w zwycięskich finałach rozgrywanych w Acapulco rywalami Łukasza Kubota byli Włosi. W 2010 roku Kubot i Marach pokonali Potito Starace i Fabio Fogniniego, a trzy lata później Kubot i Marrero okazali się lepsi od pary: Fabio Fognini i Simone Bolelli. Polak ma prawo czuć się spełniony jako tenisista. Wygrał turniej Wielkiego Szlema w parze ze Szwedem Robertem Lindstedtem. W 2014 roku w Melbourne Park nie było mocnych na polsko-szwedzką parę. Łukasz znakomicie returnuje, potrafi zachwycić wolejem, pracuje na treningach w pocie czoła. Wielu tenisistów z czołówki światowej uważa, że ze świecą można szukać drugiego tak pracowitego zawodnika. Punktualny, sumienny, lojalny, nie skarżący się na warunki, a te czasami w trakcie kariery były przerażająco urągające. Łukasz to skromny i kulturalny chłopak, aczkolwiek mający gigantyczne aspiracje. Obieżyświat, ale zawsze z należną czcią odnosi się do gry w reprezentacji Polski w Pucharze Dwighta Davisa. Już podczas pobytu w Australii, Łukasz rozmyślał o pojedynku w Zenicy. Prawdziwy patriota… Na pytanie czy wybiera się na mecz Pucharu Davisa z Bośnią i Hercegowiną, Łukasz odpowiedział: „Powiem szczerze: liczę się z tym, że pojadę. Będziemy walczyć. Nie będzie łatwo. Chorwat Ivan Dodig przekazał mi informację, że w Zenicy istnieje jedno z największych więzień na Bałkanach, więc może być dziko… Musimy być przygotowani na wszystko. To jest właśnie esencja Pucharu Davisa. Tym charakteryzują się te rozgrywki, że trzeba się bardzo solidnie przygotować na prawdziwą bitwę. Mam nadzieję, że będzie to kolejne, ciekawe doświadczenie w drużynie”. Pragnę zauważyć Łukaszu, że lider Bośniaków: Damir Dżumhur rozegrał w Melbourne Park pięciosetówkę z Viktorem Troickim w pierwszej rundzie Aussie Open. Chłopak potrafi grać w tenisa, prawda? „Damir potrafi grać. Ich drugi singlista: Mirza Basić, znany bardzo dobrze kibicom tenisa we Wrocławiu, gdyż grał w finale challengera Wrocław Open w 2015 roku, o ile dobrze pamiętam… (Rewelacyjna pamięć, Łuki!) To są bardzo solidni zawodnicy. To nie będzie spacerek. Czeka nas bardzo trudne spotkanie. Każdy punkt będzie bardzo ważny, ale dla gospodarzy to też jest istotny mecz, bo inaugurują występy w grupie pierwszej strefy euro-afrykańskiej. Będzie to pojedynek na bardzo trudnym terenie. Myślę, że nie tyle będą decydowały umiejętności, co zimna głowa, zdolność wyczekiwania oraz opanowanie. Ważne, żeby nie dać się sprowokować” – rzekł Łukasz, triumfator w czternastu turniejach deblowych.

 

Niestety, mimo heroicznego wysiłku deblistów: Łukasza Kubota i Marcina Matkowskiego, Tomislav Brkić i Mirza Basić w pięciu setach pokonali Polaków, a całe spotkanie zakończyło się wysoką porażką biało-czerwonych: 0-5. Po występach w Brisbane, Sydney, Melbourne i Zenicy, Łukasz nie próżnował. Zagrał w Rotterdamie i Rio de Janeiro. Okrutnie mało czasu, aby zmrużyć oko. Wiecznie w podróży. W Meksyku też będzie trudno o sen…

 

Acapulco to nie tylko tenis. Słynna La Quebrada, która jest równie uwodzicielska w nocy jak i w blasku słońca... Szaleni młodzi Meksykanie, tzw. las clavadistas skaczą ze skał i niestraszna im czeluść, w którą się zanurzają. 24 metry lotu i chwila strachu przed kalectwem i śmiercią. Czasem śmiałkowie oddają skok w towarzystwie płonącej pochodni… Lot poprzedza modlitwa do Najświętszej Panienki (Nuestra Senora de Guadalupe). Niebywała troska, kropelki potu zdobiące czoło i wieczny niepokój. Patronka meksykańskich katolików ma uchronić herosów przed nieszczęściem. Modlą się, aby nie był to ostatni skok w życiu... Spojrzenie na maleńką kapliczkę, rzut oka na tłum gapiów, który podaruje  kilkaset pesos, wszak turyści z całego świata ochoczo odwiedzają tą skalistą rozpadlinę, a za wysiłek artystów wypadałoby uiścić opłatę...  

 

Po gwiazdach kina (Elizabeth Taylor, Frank Sinatra, Brigitte Bardot), które odwiedzały Acapulco w latach 50-tych, pozostały jedynie wspomnienia. Dziś nocując w sensownym hotelu należy obawiać się natrętnych sprzedawców, którzy zakłócają spokój przybyszom z całego świata. Wieczorne wyjście do restauracji może być rozkoszą dla podniebienia, bo kuchnia meksykańska zachwyca bogactwem smaków, ale należy być ostrożnym, bo ni stąd ni zowąd mogą paść strzały znikąd i nie będzie to żartobliwa tonacja z komiksów Papcio Chmiela. Szaleństwo miesza się z niepokojem, a drogie limuzyny krzyżują się z nieludzko odrapanymi autobusami. Rafa Nadal wiele lat czekał na puchar za zwycięstwo w Acapulco, a wygrywał dwukrotnie nad zatoką: w 2005 i 2013 roku. Dyrektor turnieju – Raul Zurutuza stawał na rzęsach, aby trofeum, które zapadło się pod wodami Pacyfiku, trafiło do rąk znakomitego hiszpańskiego tenisisty. Zurutuza, który oddycha tenisem i dałby się pokroić za możliwość obejrzenia znakomitego widowiska na korcie, uważa, że najlepszym jak dotąd finałem rozegranym w Acapulco był bój Argentyńczyków. W 2003 roku w finale turnieju spotkali się Mariano Zabaleta i Agustin Calleri. „To kwintesencja turnieju ATP w Meksyku. Nieważny jest ranking, liczy się serce do gry. To co Mariano i Agustin pokazali na korcie w 2003 roku, przyprawiało mnie o zawał. Nie pamiętam bardziej ognistego i krwistego pojedynku. El Gordo (Grubasek – przydomek Agustina) wygrał, ale wyściskałem obu chłopaków, bo rozegrali boski mecz” – twierdzi Raul.

 

Perspektywa zmienia się z biegiem lat. Dziś ranking odgrywa rolę, nie wchodząc w konflikt z serduszkiem rzecz jasna… W tym sezonie Rafa Nadal będzie jedną z najjaśniej świecących gwiazd turnieju w Acapulco. Oprócz mistrza olimpijskiego w singlu z Pekinu i mistrza w deblu z Rio de Janeiro, do Meksyku przybędzie Serb Novak Djoković, który z rzadka odwiedza latynoskie terytoria. Raul Zurutuza jest wniebowzięty, bo obecność dwóch fenomenalnych tenisistów gwarantuje znakomitą frekwencję. Oprócz Rafy i Novaka w drabince turnieju wprost roi się od znakomitych tenisistów: Milos Raonić, Grigor Dimitrow, Juan Martin Del Potro, Nick Kyrgios, Dominic Thiem, Marin Cilić, David Goffin. Nic tylko szykować poduszkę, rozsiąść się wygodnie na sofie i oglądać tenis przegryzając sałatkę z awokado. A o brzasku polskiego czasu nic tak nie postawi widzów Polsatu Sport na nogi jak pojedynek wieczoru w Acapulco smakujący niezgorzej niż boskie huevos rancheros z dużą ilością pomidorów i fasoli… Śniadać, a w wolnej chwili zerkać na złote przemyślenia tenisisty z Bolesławca… Czegóż chcieć więcej?

 

Tomasz Lorek: Łukasz, czescy reporterzy specjalizujący się w tenisie, zachwycają się twoją znajomością języka Vaclava Havla i Radka Stepanka. Skoro masz takie zdolności lingwistyczne, to rozumiem, że z tenisistką z Tajwanu Yung-Jan Chan rozmawiasz w narzeczu mandaryńskim?

 

Łukasz Kubot: Nie, skądże. Rozmawiamy po angielsku. (uśmiech Łukasza)

 

A skąd pojawił się pomysł, aby stworzyć duet z dziewczyną, która ma na koncie aż 18 tytułów w deblu? Dawno się dogadaliście czy to naprędce sklecona para?

 

Odkąd rozstaliśmy się z Czeszką Andreą Hlavaćkovą po US Open’2016, Chan (fonetycznie: Czan) pytała mnie o perspektywę wspólnego występu podczas Australian Open’2017. Powiedziałem jej, że jeżeli wszystko będzie ok ze zdrowiem, to zagramy. Zdrowie dopisało, więc zagraliśmy.

 

Ciąg dalszy na drugiej stronie.

 

Czyli rozmowy z Chan toczyły się już po ubiegłorocznym US Open?

 

Tak. Po US Open. Rozmawialiśmy podczas azjatyckiego tournée. To była inicjatywa Chan.

 

Łukasz, Davis Cup przechodzi przeobrażenia. Najlepsi tenisiści świata nie są zwolennikami nowych pomysłów ITF-u. Światowa czołówka nie chce formatu Final Four, bo to oznaczałoby złamanie wieloletniego kodu. Mecze wyjazdowe i mecze u siebie rozgrywane w systemie pucharowym mają niepowtarzalny klimat. Jakie są twoje przemyślenia w tej kwestii? Wszak rozegrałeś mnóstwo spotkań w reprezentacji Polski, debiutowałeś w kadrze w 2001 roku...

 

Powiem szczerze: nie zastanawiałem się nad tym zagadnieniem. Wiadomo, że władze ATP chcą skrócić sezon. ATP troszczy się o to, żeby zawodnicy nie byli tak wyczerpani i zmęczeni sezonem. Tenis jest sportem indywidualnym, o tym wszyscy dobrze wiemy, jednak… Atmosfera jaka jest budowana podczas pojedynków w Pucharze Davisa ma niezwykły klimat. Reprezentuje się własny kraj, spędza się czas z kolegami, tworzy się drużynę… Niesamowite uczucie. Uważam, że format Pucharu Davisa nie powinien być poddawany reformom. Niech Davis Cup żyje w niezmienionej formie. Nie powinno wprowadzać się przepisu mówiącego o tym, że decydujące mecze będą rozgrywane na neutralnym terenie. Nie dziwię się zawodnikom z pierwszej dziesiątki rankingu singlowego, którzy mają bardzo napięty grafik startów. Trudno wypracować kompromis, bo jak zgrabnie skleić kalendarz dla najlepszych rakiet świata i uniknąć kolizji z ITF-em? Z pewnością pomysł z Final Four to cios wymierzony w historię i tradycję Pucharu Davisa. Nie wyobrażam sobie, żeby odstąpiono od spotkań rozgrywanych w konwencji best of five. W tym tkwi urok Pucharu Davisa… Poza tym, będąc gospodarzem, grając na swoim terenie i na ulubionej nawierzchni tworzy się niepowtarzalny klimat… Czas pokaże czy to będzie dobry kierunek zmian. Doszło do rewolucji w rozgrywaniu tzw. mistrzowskiego tiebreaka, czyli supertiebreaka w deblu. Teraz ten schemat jest wprowadzany w mikście. Ciekaw jestem czy kiedyś władze wprowadzą taką zmianę w singlu… Czas jest najlepszym sędzią.

 

Jakie myśli przebiegają przez twoją głowę, gdy patrzysz na taką ciekawą parę deblową: Henri Kontinen (Finlandia) – John Peers (Australia)? W 2008 roku Kontinen grał w finale singla juniorskiego Wimbledonu mając za przeciwnika Grigora Dimitrowa. To dowód na to, że w deblu cały czas istnieje szeroka sfera dla zawodników, którzy nie zrobili wielkiej kariery w singlu, ale udowadniają, że potrafią pokonywać najlepsze duety na świecie. W listopadzie 2016 roku Kontinen i Peers w wielkim stylu wygrali londyński Masters. Czy ich zwycięstwo było dla ciebie zaskoczeniem?

 

Będę szczery: to nie było dla mnie zaskoczenie, że Kontinen z Peersem wygrali turniej mistrzów w Londynie. Uważam, że akurat ta dwójka w pełni na to zasłużyła. Są to bardzo pracowici zawodnicy, którzy rozpoczynając współpracę nie mieli jakiegoś gigantycznego wystrzału na turnieju Wielkiego Szlema czy na większym turnieju ATP. Budowali pewność siebie podczas mniejszych turniejów. Schematy, na których ci zawodnicy opierają swoją grę zostały dopieszczone, a  konsekwentna praca zaowocowała sukcesami pod koniec sezonu 2016. Henri i John mieli fantastyczną końcówkę poprzedniego sezonu, zagrali wybornie podczas Australian Open’2017, złapali tzw. confidence. Peers grał u siebie w domu, w Australii, więc wykorzystał atut własnej publiczności. Nie da się ukryć, że zarówno Henri jak i John doszli do sukcesów ciężką pracą. Przed laty Kontinen bardzo dobrze grał w singla. Niestety liczne kontuzje…

 

… Sławetne kolana Fina.

 

Tak. Kontuzje kolan uniemożliwiły mu kontynuowanie gry w singla. Dziś jest to jeden z najlepiej grających deblistów, a zarazem najmłodszych specjalistów od gry podwójnej (Henri ma 26 lat). Podejrzewam, że Kontinen wyrośnie na flagową postać debla, będzie ciągnął ten wózek i zostanie wiodącą gwiazdą gry podwójnej.

 

Czy w sensie schematów i ustawień coś się zmieniło od czasów, gdy zaczynałeś przygodę z deblem? Czy obserwujemy raczej powielanie wzorów?

 

Czy coś się zmieniło? Uważam, że przede wszystkim system rozgrywania supertiebreaka sporo zmienił w deblu. Dziś trzeba się bardzo natrudzić, aby dostać się do grona dwudziestu czy trzydziestu najlepszych zawodników na świecie. A jeżeli już tam się człowiek dostanie, to powinien wykorzystać szansę, aby w szpicy pozostać. Najgorsze co wówczas może spotkać gracza to wypadnięcie poza czołówkę. Nie musimy daleko szukać. Australian Open idealnie ilustruje jak ciężko dostać się do wielkich turniejów, a prawda jest taka, że tenisiści brylujący na większych turniejach rozdają karty. Istnieją spore dysproporcje dotyczące zarówno punktów do rankingu jak i puli nagród. Moim zdaniem większe pieniądze sprawiły, że coraz więcej singlistów gra w debla. Jeśli przyjrzymy się rankingom, to dostrzeżemy, że w pierwszej dwudziestce deblistów mamy bodajże ośmiu czy dziesięciu singlistów. Singliści zaczynają poważnie traktować debla, ale nie ma co się dziwić takiemu stanowi rzeczy. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat wyraźnie wzrosły premie finansowe w turniejach deblowych. Konkurencja w deblu jest większa i już nie jest tak łatwo o zwycięstwa. Nie da się ukryć, że jest dużo niespodzianek w deblu. Nie ma już śladu po dominacji braci Bryan. Ostatnie dwa, trzy lata przebiegły pod znakiem sporej rotacji. Spójrzmy na to zagadnienie przez pryzmat Wielkich Szlemów. Na przestrzeni ostatnich dwóch czy trzech sezonów, chyba tylko jednej parze: Francuzom Pierre Hugues-Herbert – Nicolas Mahut, udało się sięgnąć po dwa tytuły Wielkiego Szlema (US Open’2015 i Wimbledon’2016). Poza tym cały czas teamy przechodzą przeobrażenia.  

 

Szkot Jamie Murray i Brazylijczyk Bruno Soares wygrali w Melbourne Park w 2016 roku i...

 

… Wygrali też US Open w 2016 roku.

 

A skoro jesteśmy przy starszym z braci Murrayów. Czyż to nie jest niezwykłe, że mama Jamiego i Andy’ego – Judy, wychowała dwóch synów, z których jeden osiągnął szczyt w deblu, a drugi został numerem jeden w singlu? Czujesz ten klimat doskonale, bo sam pochodzisz ze sportowej rodziny. Jakie to obciążenie dla familii?

 

To niesamowite. Muszę przyznać, że to co stało się w rodzinie Murrayów jest niespotykane. Wszystko kapitalnie się ułożyło. Andy… Jestem pod wrażeniem jego współpracy z Ivanem Lendlem. Dlaczego? Dlatego, że miałem szansę osobiście poznać Ivana. Jego tok myślenia zdecydowanie wykracza poza standardy. Lendl nadaje na innych falach niż reszta środowiska. Trudno to sobie uświadomić, ale taka jest rzeczywistość. Ivan jest rewelacyjny. Nie jest żadnym sekretem, że pod jego skrzydłami Andy Murray został numerem 1 na świecie. A jeżeli chodzi o Jamiego Murraya i Bruno Soaresa… To są zawodnicy, którzy ułożonymi  schematami zabrnęli na sam szczyt rankingu deblowego. W sezonie 2016 wygrali dwa turnieje Wielkiego Szlema. Oczywiście, w tym roku będą w trudniejszej sytuacji, bo znaleźli się w roli faworytów, a więc wszyscy będą na nich patrzeć. To nie będzie dla nich łatwe. Przegrali w pierwszej rundzie Australian Open, ale sezon jest długi i wszystko może się wydarzyć.

 

Ciąg dalszy na trzeciej stronie.

 

Łukasz, a na czym twoim zdaniem polega fenomen Ivana Lendla? Fachowcy podkreślają, że to mistrz strategii, który potrafi nakreślić idealny plan taktyczny dla Murraya.

 

Z doświadczenia wiem, że tenis się zmienia, ale psychika nie podlega przeobrażeniom. Ivan Lendl, wielokrotny zwycięzca turniejów Wielkiego Szlema, któremu nigdy nie udało się wygrać Wimbledonu...

 

Przegrał dwukrotnie w finale Wimbledonu: w 1986 roku z Borisem Beckerem, a w 1987 roku z Patem Cashem…

 

Tak. Ivan nie wygrał Wimbledonu, aczkolwiek on zna niuanse tenisa i wie czego potrzebuje zawodnik. Lendl nadmienił, że współczesny tenis bardzo szybko się zmienia. Głównie pod kątem przygotowania fizycznego. W tym elemencie trzeba górować nad rywalem, jeżeli marzy się o zwycięstwach. Gdy dochodzi do starć pomiędzy Djokoviciem a Murrayem, to dla takiego fachowca jak Lendl, gołym okiem widać, że ten kto pierwszy zaatakuje piłkę, ten przegra wymianę. Ta obserwacja znajdowała potwierdzenie na korcie. Dowodem na to, że można inaczej podejść do tematu była postawa Denisa Istomina w II rundzie Australian Open. Istomin umiał zmieniać tempo w meczu z Djokoviciem. Zmieniał cały czas, nie atakował, nie szarpał, tylko trzymał piłkę…

 

Pięknie mieszał…

 

Zgadza się. Denis bardzo ładnie mieszał w meczu z Novakiem. Podobnie wyglądał mecz Miszy Zwieriewa z Andym Murrayem. Lewa, bardzo nieprzyjemna ręka Niemca… Czym cechuje się Australian Open? Jest to turniej, w którym pada bardzo dużo niespodziewanych rezultatów, gdyż to jest dopiero początek sezonu. Nie wszyscy zawodnicy są wgrani, nie wszyscy wchodzą w sezon z marszu. Andy Murray miał fantastyczną końcówkę sezonu 2016. Pięknie walczył o miano najlepszego tenisisty na świecie. Powiedzmy sobie szczerze: ta passa nie mogła trwać wiecznie. Na którymś przystanku Andy musiał się zatrzymać. Organizmu nie da się oszukać.  Aczkolwiek wszyscy dobrze wiemy, a ja sam przekonałem się o tym na własnej skórze, że lewa ręka Miszy Zwieriewa jest bardzo nieprzyjemna. Dla oka, to co robi Misza jest fantastyczne. Uroczy tenis Miszy: serve and volley, slajs, return czy skracanie wymian… On udowadnia, że taka gra jest jeszcze możliwa. Zwieriew pokazał całemu światu na czym polega prawdziwe bogactwo tenisa. Zagrał mecz życia z Murrayem. Osobiście bardzo mnie to cieszy, bo przypominają mi się troszeczkę mecze Michaela Llodry. Francuz też fantastycznie mieszał, a lewą ręką chodził po odskoku. Michael Llodra – jeden z najlepszych deblistów świata. To kwestia gustu i indywidualnego wyboru. Ja akurat cieszę się, bo lubię oglądać agresywny styl na korcie. Dużo ofensywy, mieszania… Fantastyczne, że Misza Zwieriew pokazał inną twarz tenisa. W nagrodę zagrał na korcie centralnym w ćwierćfinale z samym Rogerem Federerem. Wyśniony  scenariusz… Myślę, że nie można sobie niczego lepszego wymarzyć w tenisowej karierze. Te litry potu, które człowiek wylewa na treningach i podczas meczów, a po latach wychodzi na Rod Laver Arena podczas wieczornej sesji, żeby zagrać z Federerem… Full house (pełne trybuny)… Misza zagrał z zawodnikiem, na którym się wzorował. Nic lepszego nie mogło się Miszy przydarzyć…

 

Łukasz, na przestrzeni lat rozegrałeś mnóstwo meczów we wszelakiej maści challengerach. Wygrałeś chociażby finał debla podczas Slovak Open w Bratysławie w 2008 roku grając u boku Frantiska Cermaka. Często nie docenia się zawodników grywających w challengerach, a jest to prawdziwa orka i harówka. Czy nie jest tak, że ludzie mieszkający w końcówce pierwszej setki rankingu ATP są świetnie przygotowani fizycznie i są w stanie walczyć z największymi nazwiskami na świecie?

 

Uważam, że tak właśnie przedstawia się sytuacja w challengerach. To oczywiste, że w mniejszych kategoriach typu challengers czy futures toczy się, że tak powiem, walka o życie. To najkrócej rzecz ujmując batalia o przetrwanie. Nie twierdzę, że tej walki brakuje na tourze ATP. Jednak na wielkich turniejach dochodzą inne czynniki. Turniej Wielkiego Szlema to wielkie korty, a co za tym idzie pojawia się presja, gdy trzeba wyjść na kort centralny. Dla zawodników, którzy przywykli do challengerów jest to bardzo trudny moment. Obycie, oswojenie się z odmienną aurą emocji, z wielkimi kortami. Jak poradzić sobie z publicznością, która będzie dopingować przeciwnika? Proszę zobaczyć, że są zawodnicy, którzy potrafią uczynić użytek z presji. Wystarczy spojrzeć na Australijczyków, którzy fantastycznie grali w turnieju deblowym. Trzy australijskie pary w ćwierćfinale to znakomity wynik.

 

Na szczególne słowa uznania zasłużyła para: Marc Polmans i Andrew Whittington, która wyeliminowała najwyżej rozstawionych: Herberta i Mahut. Marc Polmans, niegdyś bardzo zdolny junior w singlu, zdobył wysoką specjalizację w deblu.

 

Zgadza się. Nie miał łatwej przeprawy. Dlatego im wcześniej zawodnik będzie mógł opuścić kategorię futures czy challengers, tym łatwiej oswoi się z wielkimi turniejami i przygotuje się do gry z najlepszymi. Na wielkich imprezach dochodzi trema i stres, pojawia się konieczność wyjścia na wielki kort… To nie jest łatwe, ale trzeba to przeżyć i to nie raz i nie dwa, aby zrozumieć złożoność problemu.

 

Rafa Nadal Parera nie grał od czerwca 2012 roku do lutego 2013 roku. Wrócił po ośmiu miesiącach przerwy i dotarł do finału turnieju w chilijskim Vina del Mar. Przegrał co prawda z Horacio Zeballosem, ale należy mu się szacunek za tak spektakularny powrót. Roger Federer po półrocznym rozbracie z tenisem i bez gry o punkty, bo przecież Hopman Cup to zupełnie inna para kaloszy, wraca i błyszczy w Australian Open. Czy twoim zdaniem to jest realne, żeby gość mógł po półrocznej przerwie grać na tak wysokim poziomie? Czy takiego odrodzenia mogą dostąpić tylko wybrani i wyjątkowo utalentowani tenisiści?

 

Trudno mi to oceniać z mojej perspektywy, ale uważam, że Federer jest geniuszem. Proszę zwrócić uwagę, że Roger jako jeden z nielicznych zawodników wybrał start w Pucharze Hopmana. Dlaczego Roger tak uczynił? Dlatego, że miał zagwarantowane trzy mecze singlowe. Wszystkie mecze, które rozgrywał w Perth, odbywały się w sesji wieczornej, a więc przywykł do warunków. Wszystkie mecze, w których Roger grał w Australian Open, odbywały się w sesji wieczornej, czyli jego „biorytmus” (ładne zapożyczenie z języka czeskiego) dał mu niesamowitą przewagę, bo pozostał nietknięty. Roger rozpoczynał mecze o tej samej porze, a zatem nie musiał przestawiać zegara biologicznego. Idźmy dalej. Grigor Dimitrow, który skończył mecz III rundy Aussie Open z Richardem Gasquet na Rod Laver Arena o drugiej nad ranem, miał problemy w następnym pojedynku. Pierwsze dwa sety Dimitrowa w meczu z Istominem nie wyglądały najlepiej, ale ostatecznie, pomimo zmęczenia, wygrał z Denisem. To są małe niuanse, które mogą okazać się  newralgiczne w kluczowym momencie turnieju. Federer miał stałą godzinę występów na głównej scenie, ale to jest Federer. On zasłużył na to, aby grać w sesji wieczornej. Wnikliwie obserwuję te detale, bo przebywałem w Australii od początku stycznia i dostrzegłem korzyści jakie płyną dla Rogera z tytułu stałej pory rozgrywania pojedynków. Żadnego meczu Szwajcar nie rozegrał w sesji dziennej, gdzie są tak istotne czynniki jak wiatr czy cień na korcie centralnym, który niesamowicie przeszkadzał Andy’emu Murrayowi w meczu z Miszą Zwieriewem. To są właśnie z pozoru maleńkie elementy, które mogą zadecydować o sukcesie bądź porażce.

 

Gorzej gra się kiedy część kortu jest zacieniona, prawda?

 

Oczywiście, że gra się wówczas trudno. Wiatr, który w Melbourne potrafi być nieprzewidywalny, bo czasami jest z boku, czasami z tyłu, a czasem z przodu… Jeżeli rywal preferuje styl gry, w której cały czas szarpie, serwuje na ciało, a ty masz światłocień i nie czujesz się akurat w tym dniu dobrze, to mecz może nie ułożyć się po twojej myśli, mimo, że chciałbyś grać jak najlepiej.

 

Jesteś orędownikiem pracy organicznej. Jewgienij Kafielnikow i Jonas Bjorkman to twoi ulubieni tenisiści. Gdy spoglądasz na deblistkę i singlistkę – Chorwatkę Mirjanę Lucić-Baroni, która dotarła do półfinału singla i była w ćwiartce debla, to dojrzewasz do myśli, że czasami warto długo czekać na sukces?

 

Czasami tak bywa, że człowiek nie zna daty ani godziny kiedy coś pięknego się urodzi... Z tego co wiem, miał to być ostatni sezon Mirjany Lucić-Baroni. Od 1998 roku nie wygrała meczu w singlu podczas Australian Open. Skoro już nie miała niczego do stracenia, nastawiła się na tegoroczny turniej i osiągnęła niebywały sukces. Czasami skala oczekiwań nas przerasta… A gdy nikt na nas nie liczy, człowiek się rozluźnia, idzie za ciosem i wygrywa mecz za meczem.   

 

Wciąż otula cię czeski team: Jan Stoces i Ivan Machytka czy wprowadziłeś zmiany?

 

Tak. Dalej pracuję z Honzą i Ivanem, ale w związku z tym, że już nie gram singla, uzgodniliśmy, że pracujemy tylko w precyzyjnie określonych tygodniach. Nie jest to tzw. full time job, ale wciąż tworzymy jeden organizm, trzymamy się i na duże turnieje jeździmy razem.

 

Marcelo Melo to twój autorski pomysł czy bardziej Brazylijczyk chciał, abyście stworzyli duet?

 

Szczerze powiedziawszy, po rozstaniu się z Peyą czekałem do końca na rozwój wydarzeń. Alex Peya nie chciał dalej kontynuować gry ze mną. Rozeszliśmy się pod koniec sezonu, a wówczas sporo par było już poumawianych. Czekałem cierpliwie, bo wiedziałem, że Melo też nikogo nie ma. Po turnieju w Wiedniu Marcelo potwierdził, że zaczniemy współpracę w sezonie 2017. Co będzie dalej? Zobaczymy. Mamy napięty grafik, czeka nas dużo turniejów, ale cieszę się, że zagram z Marcelo. Poprzedni rok wiele mnie nauczył. Doświadczenie jest w cenie. Trochę Europy, trochę Ameryki Południowej. Rotterdam, Rio de Janeiro, Acapulco, Indian Wells, Miami. Taki jest plan, ale bardzo możliwe, że z jednego z tych turniejów zrezygnujemy. Uważam, że przepracowaliśmy bardzo dobrze cały styczeń. Będziemy spokojnie czekać na swoją szansę. Wyniki powiedzą prawdę o naszym deblu.  

 

A zatem występ z Chorwatem Ivanem Dodigiem w Brisbane był czystym eksperymentem?

 

Wiedziałem, że Marcelo nie przyleci w pierwszym tygodniu stycznia do Australii. Ivan do mnie napisał i zapytał co robię na początku stycznia. Dodig rozmawiał z Marcelo i wiedział, że Brazylijczyk nie przyleci do Australii tuż po Nowym Roku. Ivan chciał, żebyśmy razem zagrali, więc polecieliśmy do Brisbane. Przegraliśmy w supertiebreaku z Klaasenem i Ramem. W Sydney grałem już z Melo. Też przegraliśmy w supertiebreaku (z Cabalem i Farah), ale super, że rozegraliśmy takie dwa ciasne mecze przed Australian Open. Zmierzyliśmy się z jedną z najlepszych par na świecie. To było najlepsze przygotowanie do Szlema jakie mogliśmy mieć.

 

Z Marcelo Melo porozumiewasz się po portugalsku czy po angielsku?

 

Zdecydowanie preferuję angielski.  

 

Łukasz, przyjedziesz we wrześniu do Pragi na Puchar Roda Lavera? Czesi są organizatorami pierwszej edycji. Prażanie przygotowują turniej z udziałem gwiazd największego formatu: z Federerem i Nadalem.

 

Dla mnie to totalnie nowe przedsięwzięcie, ale jeżeli tylko będę w Pradze w tym czasie, to dlaczego nie? Zobaczymy.

 

Po triumfie z Robertem Lindstedtem w Australian Open’2014, nie korci cię, aby dorzucić kolejny wielkoszlemowy skalp do kolekcji?

 

Cóż ja mogę powiedzieć? Dzisiaj jestem skupiony tylko na deblu. Dzisiaj patrzę inaczej na grę podwójną niż wtedy, gdy tworzyłem parę z Lindstedtem i wygrywaliśmy Australian Open. Od tamtego okresu bardzo zmieniło się moje spojrzenie na debla. Patrzę z większym dystansem na debelka. Widzę co wydarzyło się w tourze przez ostatnie trzy lata. Jest bardzo dużo nowych drużyn, które się przez cały czas wymieniają i grają, ale głęboko wierzę, że jeszcze stać mnie na zacny wynik...

 

Kto wie, Łukaszu, może inspiracja pojawi się, gdy usłyszysz magiczny dźwięk trąbki El Mariachi podczas pobytu w Acapulco…?

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze