Czyli rozmowy z Chan toczyły się już po ubiegłorocznym US Open?

 

Tak. Po US Open. Rozmawialiśmy podczas azjatyckiego tournée. To była inicjatywa Chan.

 

Łukasz, Davis Cup przechodzi przeobrażenia. Najlepsi tenisiści świata nie są zwolennikami nowych pomysłów ITF-u. Światowa czołówka nie chce formatu Final Four, bo to oznaczałoby złamanie wieloletniego kodu. Mecze wyjazdowe i mecze u siebie rozgrywane w systemie pucharowym mają niepowtarzalny klimat. Jakie są twoje przemyślenia w tej kwestii? Wszak rozegrałeś mnóstwo spotkań w reprezentacji Polski, debiutowałeś w kadrze w 2001 roku...

 

Powiem szczerze: nie zastanawiałem się nad tym zagadnieniem. Wiadomo, że władze ATP chcą skrócić sezon. ATP troszczy się o to, żeby zawodnicy nie byli tak wyczerpani i zmęczeni sezonem. Tenis jest sportem indywidualnym, o tym wszyscy dobrze wiemy, jednak… Atmosfera jaka jest budowana podczas pojedynków w Pucharze Davisa ma niezwykły klimat. Reprezentuje się własny kraj, spędza się czas z kolegami, tworzy się drużynę… Niesamowite uczucie. Uważam, że format Pucharu Davisa nie powinien być poddawany reformom. Niech Davis Cup żyje w niezmienionej formie. Nie powinno wprowadzać się przepisu mówiącego o tym, że decydujące mecze będą rozgrywane na neutralnym terenie. Nie dziwię się zawodnikom z pierwszej dziesiątki rankingu singlowego, którzy mają bardzo napięty grafik startów. Trudno wypracować kompromis, bo jak zgrabnie skleić kalendarz dla najlepszych rakiet świata i uniknąć kolizji z ITF-em? Z pewnością pomysł z Final Four to cios wymierzony w historię i tradycję Pucharu Davisa. Nie wyobrażam sobie, żeby odstąpiono od spotkań rozgrywanych w konwencji best of five. W tym tkwi urok Pucharu Davisa… Poza tym, będąc gospodarzem, grając na swoim terenie i na ulubionej nawierzchni tworzy się niepowtarzalny klimat… Czas pokaże czy to będzie dobry kierunek zmian. Doszło do rewolucji w rozgrywaniu tzw. mistrzowskiego tiebreaka, czyli supertiebreaka w deblu. Teraz ten schemat jest wprowadzany w mikście. Ciekaw jestem czy kiedyś władze wprowadzą taką zmianę w singlu… Czas jest najlepszym sędzią.

 

Jakie myśli przebiegają przez twoją głowę, gdy patrzysz na taką ciekawą parę deblową: Henri Kontinen (Finlandia) – John Peers (Australia)? W 2008 roku Kontinen grał w finale singla juniorskiego Wimbledonu mając za przeciwnika Grigora Dimitrowa. To dowód na to, że w deblu cały czas istnieje szeroka sfera dla zawodników, którzy nie zrobili wielkiej kariery w singlu, ale udowadniają, że potrafią pokonywać najlepsze duety na świecie. W listopadzie 2016 roku Kontinen i Peers w wielkim stylu wygrali londyński Masters. Czy ich zwycięstwo było dla ciebie zaskoczeniem?

 

Będę szczery: to nie było dla mnie zaskoczenie, że Kontinen z Peersem wygrali turniej mistrzów w Londynie. Uważam, że akurat ta dwójka w pełni na to zasłużyła. Są to bardzo pracowici zawodnicy, którzy rozpoczynając współpracę nie mieli jakiegoś gigantycznego wystrzału na turnieju Wielkiego Szlema czy na większym turnieju ATP. Budowali pewność siebie podczas mniejszych turniejów. Schematy, na których ci zawodnicy opierają swoją grę zostały dopieszczone, a  konsekwentna praca zaowocowała sukcesami pod koniec sezonu 2016. Henri i John mieli fantastyczną końcówkę poprzedniego sezonu, zagrali wybornie podczas Australian Open’2017, złapali tzw. confidence. Peers grał u siebie w domu, w Australii, więc wykorzystał atut własnej publiczności. Nie da się ukryć, że zarówno Henri jak i John doszli do sukcesów ciężką pracą. Przed laty Kontinen bardzo dobrze grał w singla. Niestety liczne kontuzje…

 

… Sławetne kolana Fina.

 

Tak. Kontuzje kolan uniemożliwiły mu kontynuowanie gry w singla. Dziś jest to jeden z najlepiej grających deblistów, a zarazem najmłodszych specjalistów od gry podwójnej (Henri ma 26 lat). Podejrzewam, że Kontinen wyrośnie na flagową postać debla, będzie ciągnął ten wózek i zostanie wiodącą gwiazdą gry podwójnej.

 

Czy w sensie schematów i ustawień coś się zmieniło od czasów, gdy zaczynałeś przygodę z deblem? Czy obserwujemy raczej powielanie wzorów?

 

Czy coś się zmieniło? Uważam, że przede wszystkim system rozgrywania supertiebreaka sporo zmienił w deblu. Dziś trzeba się bardzo natrudzić, aby dostać się do grona dwudziestu czy trzydziestu najlepszych zawodników na świecie. A jeżeli już tam się człowiek dostanie, to powinien wykorzystać szansę, aby w szpicy pozostać. Najgorsze co wówczas może spotkać gracza to wypadnięcie poza czołówkę. Nie musimy daleko szukać. Australian Open idealnie ilustruje jak ciężko dostać się do wielkich turniejów, a prawda jest taka, że tenisiści brylujący na większych turniejach rozdają karty. Istnieją spore dysproporcje dotyczące zarówno punktów do rankingu jak i puli nagród. Moim zdaniem większe pieniądze sprawiły, że coraz więcej singlistów gra w debla. Jeśli przyjrzymy się rankingom, to dostrzeżemy, że w pierwszej dwudziestce deblistów mamy bodajże ośmiu czy dziesięciu singlistów. Singliści zaczynają poważnie traktować debla, ale nie ma co się dziwić takiemu stanowi rzeczy. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat wyraźnie wzrosły premie finansowe w turniejach deblowych. Konkurencja w deblu jest większa i już nie jest tak łatwo o zwycięstwa. Nie da się ukryć, że jest dużo niespodzianek w deblu. Nie ma już śladu po dominacji braci Bryan. Ostatnie dwa, trzy lata przebiegły pod znakiem sporej rotacji. Spójrzmy na to zagadnienie przez pryzmat Wielkich Szlemów. Na przestrzeni ostatnich dwóch czy trzech sezonów, chyba tylko jednej parze: Francuzom Pierre Hugues-Herbert – Nicolas Mahut, udało się sięgnąć po dwa tytuły Wielkiego Szlema (US Open’2015 i Wimbledon’2016). Poza tym cały czas teamy przechodzą przeobrażenia.  

 

Szkot Jamie Murray i Brazylijczyk Bruno Soares wygrali w Melbourne Park w 2016 roku i...

 

… Wygrali też US Open w 2016 roku.

 

A skoro jesteśmy przy starszym z braci Murrayów. Czyż to nie jest niezwykłe, że mama Jamiego i Andy’ego – Judy, wychowała dwóch synów, z których jeden osiągnął szczyt w deblu, a drugi został numerem jeden w singlu? Czujesz ten klimat doskonale, bo sam pochodzisz ze sportowej rodziny. Jakie to obciążenie dla familii?

 

To niesamowite. Muszę przyznać, że to co stało się w rodzinie Murrayów jest niespotykane. Wszystko kapitalnie się ułożyło. Andy… Jestem pod wrażeniem jego współpracy z Ivanem Lendlem. Dlaczego? Dlatego, że miałem szansę osobiście poznać Ivana. Jego tok myślenia zdecydowanie wykracza poza standardy. Lendl nadaje na innych falach niż reszta środowiska. Trudno to sobie uświadomić, ale taka jest rzeczywistość. Ivan jest rewelacyjny. Nie jest żadnym sekretem, że pod jego skrzydłami Andy Murray został numerem 1 na świecie. A jeżeli chodzi o Jamiego Murraya i Bruno Soaresa… To są zawodnicy, którzy ułożonymi  schematami zabrnęli na sam szczyt rankingu deblowego. W sezonie 2016 wygrali dwa turnieje Wielkiego Szlema. Oczywiście, w tym roku będą w trudniejszej sytuacji, bo znaleźli się w roli faworytów, a więc wszyscy będą na nich patrzeć. To nie będzie dla nich łatwe. Przegrali w pierwszej rundzie Australian Open, ale sezon jest długi i wszystko może się wydarzyć.

 

Ciąg dalszy na trzeciej stronie.