Łukasz, a na czym twoim zdaniem polega fenomen Ivana Lendla? Fachowcy podkreślają, że to mistrz strategii, który potrafi nakreślić idealny plan taktyczny dla Murraya.

 

Z doświadczenia wiem, że tenis się zmienia, ale psychika nie podlega przeobrażeniom. Ivan Lendl, wielokrotny zwycięzca turniejów Wielkiego Szlema, któremu nigdy nie udało się wygrać Wimbledonu...

 

Przegrał dwukrotnie w finale Wimbledonu: w 1986 roku z Borisem Beckerem, a w 1987 roku z Patem Cashem…

 

Tak. Ivan nie wygrał Wimbledonu, aczkolwiek on zna niuanse tenisa i wie czego potrzebuje zawodnik. Lendl nadmienił, że współczesny tenis bardzo szybko się zmienia. Głównie pod kątem przygotowania fizycznego. W tym elemencie trzeba górować nad rywalem, jeżeli marzy się o zwycięstwach. Gdy dochodzi do starć pomiędzy Djokoviciem a Murrayem, to dla takiego fachowca jak Lendl, gołym okiem widać, że ten kto pierwszy zaatakuje piłkę, ten przegra wymianę. Ta obserwacja znajdowała potwierdzenie na korcie. Dowodem na to, że można inaczej podejść do tematu była postawa Denisa Istomina w II rundzie Australian Open. Istomin umiał zmieniać tempo w meczu z Djokoviciem. Zmieniał cały czas, nie atakował, nie szarpał, tylko trzymał piłkę…

 

Pięknie mieszał…

 

Zgadza się. Denis bardzo ładnie mieszał w meczu z Novakiem. Podobnie wyglądał mecz Miszy Zwieriewa z Andym Murrayem. Lewa, bardzo nieprzyjemna ręka Niemca… Czym cechuje się Australian Open? Jest to turniej, w którym pada bardzo dużo niespodziewanych rezultatów, gdyż to jest dopiero początek sezonu. Nie wszyscy zawodnicy są wgrani, nie wszyscy wchodzą w sezon z marszu. Andy Murray miał fantastyczną końcówkę sezonu 2016. Pięknie walczył o miano najlepszego tenisisty na świecie. Powiedzmy sobie szczerze: ta passa nie mogła trwać wiecznie. Na którymś przystanku Andy musiał się zatrzymać. Organizmu nie da się oszukać.  Aczkolwiek wszyscy dobrze wiemy, a ja sam przekonałem się o tym na własnej skórze, że lewa ręka Miszy Zwieriewa jest bardzo nieprzyjemna. Dla oka, to co robi Misza jest fantastyczne. Uroczy tenis Miszy: serve and volley, slajs, return czy skracanie wymian… On udowadnia, że taka gra jest jeszcze możliwa. Zwieriew pokazał całemu światu na czym polega prawdziwe bogactwo tenisa. Zagrał mecz życia z Murrayem. Osobiście bardzo mnie to cieszy, bo przypominają mi się troszeczkę mecze Michaela Llodry. Francuz też fantastycznie mieszał, a lewą ręką chodził po odskoku. Michael Llodra – jeden z najlepszych deblistów świata. To kwestia gustu i indywidualnego wyboru. Ja akurat cieszę się, bo lubię oglądać agresywny styl na korcie. Dużo ofensywy, mieszania… Fantastyczne, że Misza Zwieriew pokazał inną twarz tenisa. W nagrodę zagrał na korcie centralnym w ćwierćfinale z samym Rogerem Federerem. Wyśniony  scenariusz… Myślę, że nie można sobie niczego lepszego wymarzyć w tenisowej karierze. Te litry potu, które człowiek wylewa na treningach i podczas meczów, a po latach wychodzi na Rod Laver Arena podczas wieczornej sesji, żeby zagrać z Federerem… Full house (pełne trybuny)… Misza zagrał z zawodnikiem, na którym się wzorował. Nic lepszego nie mogło się Miszy przydarzyć…

 

Łukasz, na przestrzeni lat rozegrałeś mnóstwo meczów we wszelakiej maści challengerach. Wygrałeś chociażby finał debla podczas Slovak Open w Bratysławie w 2008 roku grając u boku Frantiska Cermaka. Często nie docenia się zawodników grywających w challengerach, a jest to prawdziwa orka i harówka. Czy nie jest tak, że ludzie mieszkający w końcówce pierwszej setki rankingu ATP są świetnie przygotowani fizycznie i są w stanie walczyć z największymi nazwiskami na świecie?

 

Uważam, że tak właśnie przedstawia się sytuacja w challengerach. To oczywiste, że w mniejszych kategoriach typu challengers czy futures toczy się, że tak powiem, walka o życie. To najkrócej rzecz ujmując batalia o przetrwanie. Nie twierdzę, że tej walki brakuje na tourze ATP. Jednak na wielkich turniejach dochodzą inne czynniki. Turniej Wielkiego Szlema to wielkie korty, a co za tym idzie pojawia się presja, gdy trzeba wyjść na kort centralny. Dla zawodników, którzy przywykli do challengerów jest to bardzo trudny moment. Obycie, oswojenie się z odmienną aurą emocji, z wielkimi kortami. Jak poradzić sobie z publicznością, która będzie dopingować przeciwnika? Proszę zobaczyć, że są zawodnicy, którzy potrafią uczynić użytek z presji. Wystarczy spojrzeć na Australijczyków, którzy fantastycznie grali w turnieju deblowym. Trzy australijskie pary w ćwierćfinale to znakomity wynik.

 

Na szczególne słowa uznania zasłużyła para: Marc Polmans i Andrew Whittington, która wyeliminowała najwyżej rozstawionych: Herberta i Mahut. Marc Polmans, niegdyś bardzo zdolny junior w singlu, zdobył wysoką specjalizację w deblu.

 

Zgadza się. Nie miał łatwej przeprawy. Dlatego im wcześniej zawodnik będzie mógł opuścić kategorię futures czy challengers, tym łatwiej oswoi się z wielkimi turniejami i przygotuje się do gry z najlepszymi. Na wielkich imprezach dochodzi trema i stres, pojawia się konieczność wyjścia na wielki kort… To nie jest łatwe, ale trzeba to przeżyć i to nie raz i nie dwa, aby zrozumieć złożoność problemu.

 

Rafa Nadal Parera nie grał od czerwca 2012 roku do lutego 2013 roku. Wrócił po ośmiu miesiącach przerwy i dotarł do finału turnieju w chilijskim Vina del Mar. Przegrał co prawda z Horacio Zeballosem, ale należy mu się szacunek za tak spektakularny powrót. Roger Federer po półrocznym rozbracie z tenisem i bez gry o punkty, bo przecież Hopman Cup to zupełnie inna para kaloszy, wraca i błyszczy w Australian Open. Czy twoim zdaniem to jest realne, żeby gość mógł po półrocznej przerwie grać na tak wysokim poziomie? Czy takiego odrodzenia mogą dostąpić tylko wybrani i wyjątkowo utalentowani tenisiści?

 

Trudno mi to oceniać z mojej perspektywy, ale uważam, że Federer jest geniuszem. Proszę zwrócić uwagę, że Roger jako jeden z nielicznych zawodników wybrał start w Pucharze Hopmana. Dlaczego Roger tak uczynił? Dlatego, że miał zagwarantowane trzy mecze singlowe. Wszystkie mecze, które rozgrywał w Perth, odbywały się w sesji wieczornej, a więc przywykł do warunków. Wszystkie mecze, w których Roger grał w Australian Open, odbywały się w sesji wieczornej, czyli jego „biorytmus” (ładne zapożyczenie z języka czeskiego) dał mu niesamowitą przewagę, bo pozostał nietknięty. Roger rozpoczynał mecze o tej samej porze, a zatem nie musiał przestawiać zegara biologicznego. Idźmy dalej. Grigor Dimitrow, który skończył mecz III rundy Aussie Open z Richardem Gasquet na Rod Laver Arena o drugiej nad ranem, miał problemy w następnym pojedynku. Pierwsze dwa sety Dimitrowa w meczu z Istominem nie wyglądały najlepiej, ale ostatecznie, pomimo zmęczenia, wygrał z Denisem. To są małe niuanse, które mogą okazać się  newralgiczne w kluczowym momencie turnieju. Federer miał stałą godzinę występów na głównej scenie, ale to jest Federer. On zasłużył na to, aby grać w sesji wieczornej. Wnikliwie obserwuję te detale, bo przebywałem w Australii od początku stycznia i dostrzegłem korzyści jakie płyną dla Rogera z tytułu stałej pory rozgrywania pojedynków. Żadnego meczu Szwajcar nie rozegrał w sesji dziennej, gdzie są tak istotne czynniki jak wiatr czy cień na korcie centralnym, który niesamowicie przeszkadzał Andy’emu Murrayowi w meczu z Miszą Zwieriewem. To są właśnie z pozoru maleńkie elementy, które mogą zadecydować o sukcesie bądź porażce.

 

Gorzej gra się kiedy część kortu jest zacieniona, prawda?

 

Oczywiście, że gra się wówczas trudno. Wiatr, który w Melbourne potrafi być nieprzewidywalny, bo czasami jest z boku, czasami z tyłu, a czasem z przodu… Jeżeli rywal preferuje styl gry, w której cały czas szarpie, serwuje na ciało, a ty masz światłocień i nie czujesz się akurat w tym dniu dobrze, to mecz może nie ułożyć się po twojej myśli, mimo, że chciałbyś grać jak najlepiej.

 

Jesteś orędownikiem pracy organicznej. Jewgienij Kafielnikow i Jonas Bjorkman to twoi ulubieni tenisiści. Gdy spoglądasz na deblistkę i singlistkę – Chorwatkę Mirjanę Lucić-Baroni, która dotarła do półfinału singla i była w ćwiartce debla, to dojrzewasz do myśli, że czasami warto długo czekać na sukces?

 

Czasami tak bywa, że człowiek nie zna daty ani godziny kiedy coś pięknego się urodzi... Z tego co wiem, miał to być ostatni sezon Mirjany Lucić-Baroni. Od 1998 roku nie wygrała meczu w singlu podczas Australian Open. Skoro już nie miała niczego do stracenia, nastawiła się na tegoroczny turniej i osiągnęła niebywały sukces. Czasami skala oczekiwań nas przerasta… A gdy nikt na nas nie liczy, człowiek się rozluźnia, idzie za ciosem i wygrywa mecz za meczem.   

 

Wciąż otula cię czeski team: Jan Stoces i Ivan Machytka czy wprowadziłeś zmiany?

 

Tak. Dalej pracuję z Honzą i Ivanem, ale w związku z tym, że już nie gram singla, uzgodniliśmy, że pracujemy tylko w precyzyjnie określonych tygodniach. Nie jest to tzw. full time job, ale wciąż tworzymy jeden organizm, trzymamy się i na duże turnieje jeździmy razem.

 

Marcelo Melo to twój autorski pomysł czy bardziej Brazylijczyk chciał, abyście stworzyli duet?

 

Szczerze powiedziawszy, po rozstaniu się z Peyą czekałem do końca na rozwój wydarzeń. Alex Peya nie chciał dalej kontynuować gry ze mną. Rozeszliśmy się pod koniec sezonu, a wówczas sporo par było już poumawianych. Czekałem cierpliwie, bo wiedziałem, że Melo też nikogo nie ma. Po turnieju w Wiedniu Marcelo potwierdził, że zaczniemy współpracę w sezonie 2017. Co będzie dalej? Zobaczymy. Mamy napięty grafik, czeka nas dużo turniejów, ale cieszę się, że zagram z Marcelo. Poprzedni rok wiele mnie nauczył. Doświadczenie jest w cenie. Trochę Europy, trochę Ameryki Południowej. Rotterdam, Rio de Janeiro, Acapulco, Indian Wells, Miami. Taki jest plan, ale bardzo możliwe, że z jednego z tych turniejów zrezygnujemy. Uważam, że przepracowaliśmy bardzo dobrze cały styczeń. Będziemy spokojnie czekać na swoją szansę. Wyniki powiedzą prawdę o naszym deblu.  

 

A zatem występ z Chorwatem Ivanem Dodigiem w Brisbane był czystym eksperymentem?

 

Wiedziałem, że Marcelo nie przyleci w pierwszym tygodniu stycznia do Australii. Ivan do mnie napisał i zapytał co robię na początku stycznia. Dodig rozmawiał z Marcelo i wiedział, że Brazylijczyk nie przyleci do Australii tuż po Nowym Roku. Ivan chciał, żebyśmy razem zagrali, więc polecieliśmy do Brisbane. Przegraliśmy w supertiebreaku z Klaasenem i Ramem. W Sydney grałem już z Melo. Też przegraliśmy w supertiebreaku (z Cabalem i Farah), ale super, że rozegraliśmy takie dwa ciasne mecze przed Australian Open. Zmierzyliśmy się z jedną z najlepszych par na świecie. To było najlepsze przygotowanie do Szlema jakie mogliśmy mieć.

 

Z Marcelo Melo porozumiewasz się po portugalsku czy po angielsku?

 

Zdecydowanie preferuję angielski.  

 

Łukasz, przyjedziesz we wrześniu do Pragi na Puchar Roda Lavera? Czesi są organizatorami pierwszej edycji. Prażanie przygotowują turniej z udziałem gwiazd największego formatu: z Federerem i Nadalem.

 

Dla mnie to totalnie nowe przedsięwzięcie, ale jeżeli tylko będę w Pradze w tym czasie, to dlaczego nie? Zobaczymy.

 

Po triumfie z Robertem Lindstedtem w Australian Open’2014, nie korci cię, aby dorzucić kolejny wielkoszlemowy skalp do kolekcji?

 

Cóż ja mogę powiedzieć? Dzisiaj jestem skupiony tylko na deblu. Dzisiaj patrzę inaczej na grę podwójną niż wtedy, gdy tworzyłem parę z Lindstedtem i wygrywaliśmy Australian Open. Od tamtego okresu bardzo zmieniło się moje spojrzenie na debla. Patrzę z większym dystansem na debelka. Widzę co wydarzyło się w tourze przez ostatnie trzy lata. Jest bardzo dużo nowych drużyn, które się przez cały czas wymieniają i grają, ale głęboko wierzę, że jeszcze stać mnie na zacny wynik...

 

Kto wie, Łukaszu, może inspiracja pojawi się, gdy usłyszysz magiczny dźwięk trąbki El Mariachi podczas pobytu w Acapulco…?