Pamiętam mistrzostwa świata w Libercu osiem lat temu i szczęśliwą twarz Justyny Kowalczyk, która zdobyła tam trzy medale, dwa złote i srebrny. Tak naprawdę właśnie tam narodziła się „Polska Królowa Zimy”. Pamiętam też nieudane występy Norweżki Marit Bjoergen, która opuszczała Liberec jak niepyszna. Wtedy wydawało się, że jej czas bezpowrotnie minął.

Ale Marit wróciła do wielkiej formy i w kolejnych latach toczyła wielkie boje z Justyną Kowalczyk. Chociażby rok później na igrzyskach w Vancouver. Ostatnie metry dramatycznego, wygranego przez Justynę biegu na 30 km na zawsze pozostaną mi w pamięci. W mistrzostwach świata w Oslo (2011) górą była Marit, ale w Soczi (2012) Kowalczyk znów pokazała klasę i wielki hart ducha zdobywając kolejne olimpijskie złoto, tym razem na 10 km stylem klasycznym, choć biegła ze złamaną stopą.

W Lahti na wielkie sukcesy Polki nikt nie liczył, jej czas powoli mija i wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę. Ale na jej koronnym dystansie (10 km klasykiem) medal nie był nierealny. Kowalczyk zdawała sobie sprawę, że z Bjoergen, która po urodzeniu dziecka znów śmiga na nartach jak za swych najlepszych lat, czy z bardzo mocną w tym sezonie Szwedką Charlotte Kallą raczej nie wygra, ale z innymi ma szanse. Z Astrid Jacobsen poradziła sobie przecież całkiem dobrze w Otepaeae, dziewięć dni przed mistrzowskim biegiem w Lahti, wyprzedzając ją zdecydowanie. Heidi Weng, Anna Haag czy Kerttu Niskanen też były w jej zasięgu, podobnie jak inna z Finek, Krista Parmakoski.

Ale widać tym razem szczęście nie było Polce pisane. Dobiegła na metę daleko o mistrzowskiego podium, które zajęły Bjoergen, Kalla i Jacobsen. Kowalczyk skończyła na ósmym miejscu wspólnie z Norweżką Ingvild Oesteberg, tracąc do fenomenalnej Marit 1.34, 5 min.

Nic dziwnego, że uśmiech Pani Justyny nie był dziś uśmiechem szczęścia. Dla niej to porażka, bo liczyła na więcej. Powiedziała o tym wyraźnie przed telewizyjnymi kamerami, nie szukając za wszelką cenę przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy. Po prostu to nie był jej dzień.

Ale dodała też, że poza Bjoergen i Kallą, które są poza jej zasięgiem, z innym jest w stanie walczyć o zwycięstwo. I dlatego nie odpuszcza, będzie ścigać się dalej.

Za rok igrzyska w Pjongczang. Ma dobre wspomnienia z tego miejsca, bo niedawno wygrała tam przedolimpijski sprawdzian. Zgoda, na starcie nie było  wielu dziewczyn z czołówki, ale takie wygrane sprawiają, że po prostu jest lżej na duszy.

W Pjongczang będzie mieć dwie szanse, sprint i bieg na 30 km. Oba oczywiście rozgrywane stylem klasycznym, „łyżwą” niech się ścigają inne.