Przed walką tych dwóch brytyjskich pięściarzy nie brakowało docinek po obu stronach. Oczywiście aktywniejszy w tych prowokacjach był Haye, który zapowiadał nokaut na dwa lata młodszym rywalu. - Tu nie będzie szczęśliwego zakończenia, znokautuję go, kiedy będę chciał – powtarzał "Haymaker".

 

Bardziej doświadczony faworyt nie ruszył jednak z szaleńczymi atakami, natomiast wyraźnie obniżył pozycję. Bellew wyglądał na bardzo skoncentrowanego, bo dobrze wiedział, że jeden cios 36-latka mógł zakończyć walkę. Kolejne odsłony nie były zbytnio dynamiczne. Haye cały czas liczył na jedno, jedyne trafienie. Statyczny sposób walki odpowiadał mu, a Bellew jeżeli chciał zmienić obraz pojedynku musiał przyśpieszyć.

 

W połowie pojedynku nagle obaj rzucili się na siebie. ”Hayemaker” dwa razy przysiadł, ale nie był liczony. W końcu Bellew posłał rywala na deski i tylko gong uratował 36-latka.Młodszy z Brytyjczyków złapał wiatr w żagle, przytrzymał przeciwnika przy linach i punktował. W 7. rundzie Haye był na tyle zmęczony, że jedną ręką musiał trzymać się lin, a sam powrót do narożnika sprawiał mu ogromne problemy.

 

Być może na słabszą formę mającego jamajskie korzenie boksera wpłynęła kontuzja ścięgna Achillesa, przez które o mało co nie odwołano pojedynku. Z czasem faworyt wrócił do gry, ale wynikało to raczej ze zmęczenia Bellew niż z lepszej dyspozycji Haye'a. W przedostatniej rundzie Bellew po raz kolejny położył rywala, "Hayemaker" wypadł za liny, a jego narożnik poddał walkę. Po pojedynku zwycięzca podszedł do rywala i podziękował za starcie. Niespodzianka w Londynie stała sie faktem, a porażka pokazała, że czas 36-latka już minął.