Inne

Fortuna: Organizatorzy próbowali ustawić...

Lahti już po raz drugi okazało się szczęśliwe dla 47-letniego Tyrolczyka, który na stałe mieszka w niemieckim Szwarcwaldzie. Z

biało-czerwonymi już w pierwszym roku pracy jako główny szkoleniowiec kadry osiągnął historyczny wynik. - To wielka sprawa. Chłopcy mają ogromny potencjał, który w tym sezonie ujawnili i potwierdzili - przyznał Horngacher, który w sobotni wieczór na krótko pojawił się restauracji wynajętej do celów promocyjnych przez organizatorów kolejnej edycji mistrzostw globu w narciarstwie klasycznym. Polacy bronić będą tytułu za dwa lata w jego ojczystym Seefeld.

 

Jak zwróciła uwagę austriacka agencja prasowa APA, chyba nikt nigdy nie widział, by Horngacher głośno i wylewnie cieszył się z sukcesów. Nie może zatem dziwić, że i tym razem w stonowany sposób skomentował triumf swoich podopiecznych, którzy - według niego - nie osiągnęli jeszcze szczytu możliwości. - Nie osiągnęliśmy jeszcze apogeum. Wciąż możliwy jest postęp, np. w przygotowaniu fizycznym czy sprzętowym - zaznaczył.

 

47-latek przez 14 sezonów pracował w cieniu, będąc asystentem głównych szkoleniowców. Zaczął w 2002 roku, gdy wraz z Heinzem Kuttinem, obecnym trenerem austriackiej kadry, pomagali jej ówczesnemu opiekunowi Finowi Hannu Lepistoe. Do niedawna Horngacher pomagał swojemu rodakowi Wernerowi Schusterowi w prowadzeniu niemieckich skoczków. Dopiero wiosną ubiegłego roku zdecydował się zacząć nowy rozdział i przyjął propozycję Polskiego Związku Narciarskiego.

 

APA wspomniała, że Horngacher musi się liczyć z tym, że pierwsze złoto drużyny w MŚ jeszcze zwiększy w Polsce popularność skoków narciarskich, choć i tak panuje w niej dla nich wyjątkowo sprzyjający klimat. Jak podkreślono, zwycięstwo biało-czerwonych było niezagrożone "od startu do mety". Nie może to jednak dziwić, skoro wcześniej w tym sezonie polski zespół odniósł dwa zwycięstwa w Pucharze Świata, co wcześniej też się mu nie udało, a raz był drugi.

 

Po tygodniowej przerwie skoczkowie wrócą do rywalizacji w Pucharze Świata. Do końca sezonu pozostało dziewięć konkursów, w tym trzy drużynowe, a Polacy, którzy dotychczas tylko raz byli w czołowej trójce - w sezonie 2010/11 na najniższym stopniu podium, wyraźnie prowadzą w klasyfikacji Pucharu Narodów, z 434-punktową przewagą nad Austriakami. - Gdybyśmy wygrali tą klasyfikację, byłoby to dla mnie coś naprawdę wielkiego - przyznał Horngacher.