Sporty walki

Nie żyje Lou Duva

O zmarłym w środę słynnym trenerze i promotorze boksu Lou Duvie powiedzieli:

 

Tomasz Adamek (bokser): Poznałem Lou Duvę osiem lat temu, był już schorowany, ale wciąż żył tym sportem. Pamiętam, kiedy po walce z Andrzejem Gołotą powiedział mi: +Masz talent, masz charakter, dlatego wygrałeś+. Środowisko bokserskie straciło postać, która potrafiła przebić się do świadomości pięściarzy, dotrzeć do ich charakteru i wykrzesać z nich maksimum. Był szlifierzem talentów. Prowadził przecież Gołotę w najlepszym dla niego momencie. Niestety, nikt nie żyje wiecznie, jemu było dane przeżyć 94 lata. Koło się zamknęło, otaczam modlitwą jego oraz jego bliskich i znajomych.

 

Mariusz Kołodziej (promotor bokserski z USA): Odeszła ikona boksu, z którą przede wszystkim utożsamiany jest złoty okres wagi ciężkiej z lat 80. i 90-tych. W tych dekadach boks to był On. Znałem go bardzo dobrze, współpracowałem z jego synem Dino. W moim Global Boxing Gym trenowali jego zawodnicy. Często dawał wskazówki naszym, polskim bokserom podczas treningów. Otoczony był wielkim respektem - tak jak każdy chciałby sobie zrobić zdjęcie z Mike Tysonem jako zawodnikiem, tak każdy chciał go dotknąć i zrobić pamiątkowe ujęcie z Lou jako trenerem. Z jego odejściem zakończyła się pewna era w zawodowym boksie a już szczególnie w wadze ciężkiej. Teraz boks jest bardzo przewidywalny. To wielka strata, nikt go nie zastąpi.

 

Andrzej Gołota (były bokser): Z ogromnym smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci Lou Duvy. Zawsze będę wdzięczny za każdą chwilę przy moim narożniku i wszystko, czego mnie nauczył. Spoczywaj w spokoju trenerze.

 

Mariola Gołota (żona Andrzeja): Lou był bardzo ciepłym człowiekiem. Spotykaliśmy się z dala od bokserskich hal, raczej w prywatnych okolicznościach. Pamiętam, że kiedy przyjeżdżałam z Olą na zgrupowania, to zabierał nas do Walt Disney stores i kupował sobie i Andrzejowi koszulki z Kaczorem Donaldem. Na Andrzeja patrzył jak w obrazek, uwielbiał go, traktował jak swojego syna. Jeszcze trzy lata temu dzwonił do Sama Colonny i pytał, czy może potrenować Andrzeja, bo wciąż wierzył, że on zostanie mistrzem świata. Myślę, że to mogło być jego niespełnionym marzeniem.