Fogiel z Paryża: PSG zalany przez falę, ale nie tonie

Piłka nożna
Fogiel z Paryża: PSG zalany przez falę, ale nie tonie
fot. PAP/EPA

Po kompromitującym występie na Nou Camp życie toczy się dalej w Paryżu. Sekwana dalej plynie. "Fluctuat nec mergitur" to średniowieczne hasło-symbol Paryża, które doskonale pasuje do sytuacji w paryskim klubie. Ten mocny cios to również cios na wizerunek i reputację klubu.

Mimo że boli, trzeba to jednak jakoś przeżyć, szybko pondnieść się z kolan. Przecież Katarczycy nie wycofają nagle zainwestowanych środków. Po prostu poczekają do przyszłego roku, by spełniły się wreszcie ich potęgowe ambicje. Ale konfiguracja całkowicie się zmieni. Nie można udawać, że nic się nie stało.

Laurenta Blanca zwolniono, bo nie był w stanie wygrać z Manchesterem City w Champions League. Jaki los czeka powołanego na jego miejsce Hiszpana Unaia Emery’ego? Prawdopodobnie uda mu się wytrwać do końca sezonu, bo paryżanie walczą jeszcze na trzech krajowych frontach: Ligue 1, Puchar Francji i Puchar Ligi - wiadomo, że decyzje podjęte pochopnie mogłyby doprowadzić do katastrofy.

Upokorzenie w Barcelonie media nazywają prawdziwą katastrofą przemysłową. Pilnym celem jest więc zmniejszyć jak najszybciej jej konsekwencje. Wiadomo, że główne decyzje zostaną podjęte w Katarze, bo emir  el-Thani nie może pogodzić się z kolejnym upokorzeniem. Na pewno o swój los martwi się Nasser el-Khelaiffi, który od pięciu lat jest prezesem PSG.

Tak naprawdę, poza pozbyciem się w dziwny sposób Laurenta Blanca, trudno mu zarzucić jakieś zaniedbania. Przecież to nie on decydował osobiście o zakupie Krychowiaka, Guesde, Lo Celso i Jose. Będzie musiał się jednak rozliczyć z wyboru Unaia Emery'ego. Bo to była jego suwerenna decyzja.

Prezes PSG miał być dzisiaj obecny na obradach zarządu Ligi Zawodowej, której jest członkiem. Oczywiście odwolał swój udział i udał się do Dauszy, stolicy Kataru. Mało prawdopodobne jest więc, by emir Kataru zdymisionował najbardziej zaufaną i najbliższą osobę w klubie, bo PSG na pewno  pozostanie dalej oczkiem w głowie katarskiego władcy, który od czasu do czasu bywa na trybunach Parc des Princes i który lada dzień ma podjąć decyzję o powiększeniu do 60 000 miejsc paryskiej areny piłkarskiej.

Już w niedzielę powrót do rzeczywistości, PSG jedzie do Lorient, ostatniej drużyny w tabeli Ligue 1. Porażka i remis zakazane, bo w takim przypadku dystans do Monaco i Nicei mógłby okazać się za duży do odrobienia. Nikt nie chciałby być dzisiaj na miejscu Unaia Emery’ego.

W Barcelonie przeżył więcej niz koszmar, największy w swoim życiu. A szczescie było tak blisko. Po pięknym sukcesie w pierwszym spotkaniu na Parc des Princes, na pewno nie spodziewał się, że los zgotuje jemu i jego piłkarzom tak wielkie rozczarowanie.

Wiadomo że porażki w sporcie to w głównej mierze wina trenera. Ale Unai Emery nie ma zamiaru się poddawać. Przyjmuję na siebie fakt, że to on był głównym odpowiedzialnym za przygotowanie fizyczne i psychiczne zespołu.

W jakim stanie wyszli na płytę Nou Camp jego podopieczni widział cały świat. Do dzisiaj trudno zrozumieć jak tak doswiadczeni zawodnicy jak Thiago Silva, Veratti, Matudi czy Draxler nie byli w stanie opanować sytuacji i od pierwszej minuty oddali inicjatywę przeciwnikowi. Wyglądali od początku jak bokser, który stoi na straconej pozycji i tylko czeka na ciosy przeciwnika. Barcelona wygrała, bo wierzyła, że jest w stanie odrobić z nawiązką straty z pierwszego meczu.

Tadeusz Fogiel, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze