Początek serii zapowiadał się dla Giants Gaming bardzo dobrze. Pomimo faktu, że Team Vitality zapewniło sobie nieco lepszy start, to rywale w końcu przejęli inicjatywę. Z czasem jednak, w wyniku licznych błędów, ta zaczęła wracać do VIT. Trwało to dość długo i po kilku skutecznych rotacjach po mapie graczom z grupy A udało się zniszczyć praktycznie wszystkie wieże i dwa inhibitory. Do skończenia rozgrywki brakowało już niewiele, ale w tym momencie GIA otrząsnęło się i zaczęło przodować w walkach drużynowych, ponownie wracając do gry. Tym razem swojego prowadzenia już nie oddali i mogli cieszyć się z eksplodującego nexusa. 

Dało się odnieść wrażenie, że szczęście Giants już nie opuści - drugi pojedynek zaczął się od niezwykle słabego draftu oponentów i zgodnie z oczekiwaniami "Giganci zaczęli ich dominować. W 25. minucie posiadali już prawie 8 tysięcy przewagi w złocie i nic nie było w stanie ich zatrzymać... oprócz błędu w grze. Przeciwnicy doznali buga wizualnego z kulą Orianny Nukeducka, przez co mimo tak ogromnej przewagi ze strony Memento i spółki, grę trzeba było powtórzyć. To niezwykle przykre i niefortunne wydarzenie mocno wpłynęło na zawodników, którzy nie mogli pogodzić się z decyzją Riotu, co Vitality skrzętnie wykorzystało i wynikiem 2-1 zgarnęło adwersarzom przed nosa prawie pewne zwycięstwo. 

Kolejna seria przypomniała nam, jak dawno mieliśmy do czynienia z tzw. clownfiestami. Origen mogło pochwalić się dużo lepszą kompozycją od przeciwników, w wyniku czego dominowało ich w absolutnie każdym starciu. Nieprzyzwyczajone do takiego obrotu spraw OG nie wiedziało do końca, co z tym potencjałem zrobić, a w połączeniu z dobrymi rotacjami ROCCAT po mapie, dało im to realną szansę na powrót. Pomimo niszczonych raz za razem wież, pierwsze zabójstwo udało im się zdobyć w 49. minucie i nic nie zapowiadało, by gra miała szybko się skończyć. Ostatecznie jednak po 5 zdobytych Baronach ekipa xPeke zdołała przełamać klątwę i zakończyć starcie po prawie 78 minutach. 

Euforia po wygranej chyba mocno uderzyła do głowy hiszpańskiej organizacji, bowiem w kolejnych spotkaniach nie szło jej już tak dobrze. Obie gry były niesamowicie krwawe, szczególnie druga, w której padły aż 54 zabójstwa. Tym razem jednak walki drużynowe nie były słabością ROC i gracze dawali radę wychodzić z nich zwycięsko częściej niż wrogowie. To, w połączeniu ze wspomnianymi lepszymi rotacjami, dało szansę na zgaszenie entuzjazmu oponentów i brutalne odebranie im resztek szans na uniknięcie rezultatu końcowego z zerem z przodu.