Po raz drugi w historii organizacja FEN wybrała warszawki Torwar jako arenę zmagań swoich zawodników. Zadanie nie było jednak proste, gdyż z każdym kolejnym tygodniem sypała się karta walk. Miało być starcie o wakujący pas kategorii półśredniej między Pawłem Żelazowskim i Albertem Odzimkowskim, lecz ten drugi w trakcie zwycięskiej walki na FEN 15 złamał rękę. W jego miejsce wskoczył Kamil Gniadek, ale wtedy urazu nabawił się Żelazowski. Koniec końców Gniadek pozostał w rozpisce, lecz zmierzył się z Łukaszem Stańkiem.

O pas wagi średniej miał się bić za to Marcin Naruszczka z Pawłem Hadasiem, później Hadaś - z Andrzejem Grzebykiem, ale ostatecznie żaden z nich nie pojawił się 11 marca w klatkoringu. Włodarze organizacji mieli spory ból głowy, lecz poradzili sobie całkiem sprawnie. W karcie walk może nie było starć o pas, lecz o emocje zadbali inni. Prezes Paweł Jóźwiak mówił w ostatniej części studia Polsatu Sport, że walki w formule MMA aż do pojedynku wieczoru nie porywały. Może faktycznie nie były aż takie porywające, ale nie sposób mówić, że poszczególni zawodnicy zawiedli.

Już pierwsze starcie dostarczyło dużej dawki emocji, bo Karol Zyra odwrócił losy i po przegranej pierwszej rundzie, poddał rywala duszeniem zza pleców. Co szczególnie rzucało się w oczy, a raczej - w uszy? Kapitalny doping, który niósł się po całym Torwarze. Fani z Dęblina i Ostrołęki stoczyli równie wyrównany pojedynek co sami zawodnicy, głośno wspierając swoich pupili. Efekt był o tyle dobry, że kibice jednego zajęli jedną stronę, a drugiego - drugą. W pewnym momencie można było czuć się jak na meczu tenisa, bo doping na trybunach był bardzo dynamiczny.

Ważną wygraną odniósł Paweł Pawlak, świetnie wypadli Kamil Gniadek oraz Sebastian Kotwica, a udanie zadebiutował Arbi Shamaev. Walka wieczoru to już kapitalna dyspozycja Kamila Łebkowskiego oraz Gabriela Silvy, którzy zdecydowanie skradli show. To była prawdziwa wojna na wyniszczenie, która padła łupem Brazylijczyka. A Polak, mimo że przegrał po raz pierwszy od czterech lat, nie ma się czego wstydzić. Zresztą sam przyznał, że więcej uczy się z porażek niż z wygranych.

Fantastycznie oglądało się walki w formule K-1. Każda z nich dostarczyła nam wielu emocji i czegoś innego niż pozostałe. I to właśnie podczas tych starć doping był wyjątkowo żywy: głównie ze względu na takie postaci jak choćby Arkadiusz Wrzosek oraz Marcin Szreder. Oni walczyli przed swoją widownią, zrobili swoje i nic dziwnego, że przez dobrych kilka minut wspólnie cieszyli się z wygranej. Fani po wygranej tego pierwszego znaleźli się bardzo blisko klatkoringu i to stamtąd dali upust swojej radości.

Po raz kolejny oklaski należą się włodarzom za ściągnięcie bardzo ciekawych nazwisk z zagranicy. George Davis, choć przegrał dosyć wyraźnie z Radosławem Paczuskim, pokazał niesamowitą wytrzymałość, bo przecież mocnych ciosów przyjął mnóstwo! Polak zadawał ciosy z pełną mocą przez całe dziewięć minut, a wyglądał tak dobrze, jakby był w stanie walczyć przez kolejne dziewięć na tej samej intensywności. Wcześniej popisowo wypadł Daguir Imavov, który zdominował nadzieję polskiego MMA - Bartłomieja Koperę. Bułgar był znakomicie przygotowany zapaśniczo, parterowo i z chęcią będziemy obserwować jego kolejne poczynania.

Jeszcze lepsze wrażenie zrobił największy wygrany gali - Gabriel Silva. Brazylijczyk był spisywany na straty, a jednak zaskoczył i wygrać jednogłośną decyzją sędziów. "Gabito" podkreślał, że to nie tylko jego zwycięstwo, ale także całej ekipy, w której skład wchodzą m.in. znakomity trener Andre Benkei oraz Erick Silva - brat bohatera walki wieczoru, na co dzień walczący dla UFC w kategorii półśredniej. Podczas pojedynku był bardzo opanowany, jakby widząc i przeczuwając, że jego brat ma wszystko pod kontrolą.

Po walce cała drużyna była oczywiście w świetnych humorach i długo nie chciała opuścić klatkoringu. Później jednak sam Erick z chęcią pozował do zdjęć, a właściwie to sam swoimi gestami zachęcał, by do niego podejść i zamienić z nim dwa słowa. Nie było żadnego "gwiazdorzenia". Swoją normalnością i otwartością Brazylijczycy na pewno zdobyli tego wieczora nowych fanów, a organizacja FEN bardzo ciekawego zawodnika.

Dużo było sportu w sporcie, zabrakło kontrowersji, a cała gala przebiegła bardzo sprawnie. Kolejne wydarzenie już 11 maja w Gdyni. Zapowiada się równie ciekawie.