Piłka nożna

Glik: Ostatnim razem w Czarnogórze dostaliśmy...

Roman Kołtoń: Zaraz po meczu w Bukareszcie - przeciwko Rumunii - postawiłem tezę, że to był Twój najlepszy mecz w reprezentacji. Miałeś w sobie energię, pokazywałeś się raz po raz w ofensywie, ale i pewnie grałeś w defensywie. Po prostu wszystko się układało!

 

Łukasz Piszczek: Cały tydzień przed meczem z Rumunią czułem moc. Każdego dnia chciałem się jak najlepiej przygotować. Gromadziłem energię i później w Bukareszcie czułem się naprawdę dobrze. Wygrałem większość pojedynków  na pewno był to jeden z moich najlepszych meczów w reprezentacji Polski. Jednak to nie jest tak, że człowiek żyje tym tygodniami, czy miesiącami. Tak się składa, że od listopada do marca nie grała drużyna narodowa. Więc wy dziennikarze, wracacie do tego, co się stało w Bukareszcie. I siłą rzeczy – po takim pytaniu – ja również wracam. Jednak tak naprawdę każdy mecz dość szybko zostawia się za sobą. Nie sposób inaczej żyć. Mecz goni mecz...

 

Miałem okazję ostatnio oglądać jeszcze raz spotkania reprezentacji Polski w finałach EURO 2016. I rzuciło mi się w oczy, że w fazie pucharowej - w ostatniej akcji - atakującym był Łukasz Piszczek.

 

Tak było...

 

Ma się świadomość, że to ostatnia minuta?

 

Staram się to kontrolować. Człowiek zerka choćby na zegary na telebimach – raczej zdajemy sobie sprawę, która jest minuta...

 

I stąd te wycieczki w roli atakującego? Czy może budzi się w Tobie instynkt snajpera – w końcu jako młody zawodnik grałeś tylko w ataku, a nie na obronie.

 

W takich sytuacjach, jak ze Szwajcarią i z Portugalią, rzeczywiście chciałem zaatakować. Czułem, że zbliża się sama końcówka. Że nie grozi nam kontratak rywali, więc warto zaryzykować...

 

Ze Szwajcarią za Tobą wrócił czujnie napastnik rywali, Haris Seferović i przeszkodził skutecznie, atakując z pełną determinacją. A naprawdę blisko było, abyś doszedł do podania Grzegorza Krychowiaka – byłaby sytuacja sam na sam z bramkarzem Helwetów, Yannem Sommerem...

 

Niewiele zabrakło – to fakt...

 

Z kolei z Portugalią oddałeś strzał na wiwat! Chciałeś grzmotnąć pod poprzeczkę, ale piłka poleciała wysoko nad poprzeczką...

 

Mam wrażenie, że trochę się pospieszyłem, bo mogłem zagrać jeszcze do prawej strony – do Kuby Błaszczykowskiego...

 

Budzi się instynkt snajpera w takich momentach?

 

Cóż, nie zapominam, że w juniorach byłem naprawdę bramkostrzelnym napastnikiem. Teraz za często nie mam okazji pod bramką rywali. Praktycznie tylko przy stałych fragmentach gry, gdy człowiek wędruje w pole karne przeciwnika. W tych sytuacjach ze Szwajcarią i Portugalią nie było jakiejś specjalnej kalkulacji. Gdzieś tam w głowie zaświtała myśl, że może wykończę akcję – że to jedna z ostatnich szans, jak nie ostatnia i stąd takie, a nie inne zachowanie.

 

Mam wrażenie, że dłużej przeżywałeś w życiu tylko jeden mecz  finał Champions League na Wembley, przegrany pechowo przez Borussię Dortmund z Bayernem Monachium. Przegrany 1:2, po golu w końcówce...

 

Trudno po takim meczu szybko wyrzucić to z głowy, co człowiek przeżywał na Wembley. Szczególnie, że miałem świadomość, iż finał Ligi Mistrzów to człowiek gra może raz w życiu... Zaraz po spotkaniu udałem się zresztą na operację biodra...

 

Jesteś w rewelacyjnej formie – z Rumunią zagrałeś mecz numer 53, ale liczę, że jeszcze nie raz będziesz należał do najlepszych na placu z Białym Orłem. A przecież miałeś dwie ciężkie kontuzje – dwie operacje biodra...

 

Ta druga była naprawdę poważna. I nie było mi łatwo wrócić na odpowiedni poziom. Tak naprawdę trwało to półtora roku, aż znowu zacząłem rozgrywać spotkania na zbliżonym poziomie, jak przed kontuzją. To wszystko poprzedzone było ciężką pracą. A praca wiązała się nie tylko z rehabilitacją, czy później szukaniem formy. Wiązała się również z innymi sprawami. Prześladowały mnie problemy nie tylko zdrowotne – nie potrafiłem odnaleźć w sobie radość z gry w piłkę nożną...

 

Aż tak? Zawsze postrzegam Cię, jako pozytywnego człowieka...

 

Jasne, staram się być pozytywny, ale... Gdy człowiek nie gra na miarę oczekiwań – przede wszystkim oczekiwań samego siebie – to naprawdę nie jest łatwo. To wtedy zacząłem pracować z Kamilem Wódką. Pracujemy zresztą aż do dziś. Chodzi o pielęgnowanie sfery mentalnej, co jest niesłychanie ważne w świecie piłki nożnej – w świecie sportu. Psycholog sportowy pozwolił mi odnaleźć znowu tę radość, która towarzyszyła mi wcześniej. Pozwolił wpłynąć na odpowiednie podejście do zawodu, do konkretnego meczu, czy konkretnej sytuacji. Każdy człowiek ma prawo do słabszych momentów. Jednak pytanie, jak sobie z tym radzić, nie jest już takie proste... To było dla mnie wielkie wyzwanie!

 

Zdecydowałeś się na współpracę z psychologiem sportowym, choć wcześniej miałeś już za sobą wspaniałą karierę. Dziesiątki meczów w reprezentacji, w europejskich pucharach. Finał Ligi Mistrzów, dwa mistrzostwa Niemiec, mistrzostwo Polski, Puchar Niemiec, udziały w wielkich turniejach...

 

Tak, miałem to doświadczenie, ale zarazem wyparowała radość z gry. Pracowałem, starałem się, a nie było efektów. To niesamowicie trudne. To dlatego nie bałem się pomocy ze strony Kamila Wódki. Zresztą takich kwestii nie załatwi się za jednym podejściem. Potrzebna jest systematyka – efekty nie przychodzą od razu, trzeba być w tym cierpliwy i konsekwentny. Jak jesteś młody, to jesteś niecierpliwy. Jak jesteś młody, to oczekujesz, że ta mentalność zbuduje się sama - tu i teraz. Z jednej strony to rozumiem, bo gdy byłem młody, też tak myślałem... Teraz jednak wiem, że tak to po prostu nie działa. Tu nie ma miejsca na fajerwerki – liczy się tylko regularna, konsekwentna praca.

 

Czytałem, że druga operacja i czas po niej nauczyły Cię cierpliwości.

 

Cierpliwość jest niezbędna. Po pierwsze trzeba wrócić do odpowiedniej formy fizycznej. Nie jest o to łatwo. Takie zabiegi, jakie przeszedłem, zawsze zostawiają ślad w organizmie. Tego nie sposób pominąć, tego nie sposób oszukać. Można oszukiwać samego siebie, ale ślad zawsze zostaje. Później przychodzi kwestia mentalna. Człowiek chce – już, teraz, a tu się nie da. Kiedyś wychodziło na boisku wszystko, a tu nagle wychodzi dużo mniej. I właśnie wtedy trzeba to wszystko poukładać w głowie...

 

Co decyduje o sukcesie w piłce – mentalność?

 

Sama mentalność na pewno nie, ale... Mentalność jest niesłychanie istotna. Na początku człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo. Młodość powoduje, że wychodzi się na boisko i gra. Wszystko przychodzi jakby automatycznie. Z czasem człowiek coraz więcej się zastanawia nad pewnymi kwestiami.

 

Przychodzi presja?

 

Czy nazwałbym to presją? Może... Z tym, że w moim przypadku najważniejsza była presja, jaką sam sobie stwarzałem. I właśnie z tą własną presją nie mogłem sobie poradzić. I dlatego wszystko trzeba dokładnie zdiagnozować. Poszukać spokoju w wyznaczaniu sobie celów tu i teraz. Ważna jest koncentracja w danym momencie, a nie wybieganie myślami w obszary, które na pewno nie pomogą w określonej sytuacji.

 

To, co grasz w ostatnich miesiącach – kto wie – może jest jeszcze lepsze, niż przed kontuzją. Mecz Borussia – Wolfsburg to był Twój popis. Miałeś udział we wszystkich trzech bramkach dla BVB, a trener Thomas Tuchel wygłosił wręcz „Liebeserklaerung” („wyznanie miłości”), że tak to nazwę... Powiedział: „Kocham Piszczka - jego osobowość. Nie ma dnia, żeby nie zjawił się z uśmiechem na twarzy”.

 

Tylko proszę nie myśleć, że codziennie chodzę przez 24 godziny na dobę uśmiechnięty od ucha do ucha (ze śmiechem)... A już na pewno nie „doklejam” sobie tego uśmiechu. Szukam pozytywnego nastawienia, ale są rzeczy, które mnie irytują, zdarza się, że nawet denerwują. Jednak staram się... Hm, szukam słowa...

 

Starasz się pozostać normalny...

 

Tak, normalny w tym zwariowanym świecie piłki. W świecie, gdzie są niesamowite oczekiwania – czy to w klubie, czy w reprezentacji. Ciągłe oczekiwania... Zdaje sobie sprawę, jak funkcjonuje ten świat, ale czasami nie na wszystko się godzę i czasami muszę odmawiać...

 

Nie odmawiasz tylko, gdy Borussia proponuje Ci podpisanie nowego kontraktu...

 

Przecież wiesz, jak nie lubię zmian. Jak trudno przychodziły mi kolejne zmiany – gdy z Goczałkowic powędrowałem do Zabrza. Później podpisałem umowę z Herthą Berlin, ale na trzy lata wylądowałem w Zagłębiu Lubin. Z Berlina pewnie też bym się nie ruszył do Dortmundu, gdyby nie fakt, że Hertha spadła z Bundesligi. A jak już wylądowałem w 2010 roku w Borussii, tak zostałem tam do dziś. I nigdzie się nie wybieram. Tyle tylko, że w piłce nożnej wszystko bardzo szybko biegnie. Może za rok już nie będę potrzebny Borussii?

 

Gdy siedzisz w szatni Borussii, nie brakuje Ci Jakuba Błaszczykowskiego?

 

Wiem, że już jakiś czas minął od odejścia Kuby, ale... Minął, ale rzeczywiście do dziś czasami łapię się na tym, gdzie jest Kuba i dlaczego go tu nie ma. Przecież Kuba wcale nie chciał odchodzić z Dortmundu. Przyszedł jednak nowy trener i już nie widział dla niego miejsca. Dziś jest fajnie, ale jutro możesz już nie być potrzebny...

 

Czy sprawa odejścia Kuby – najpierw do Florencji, a następnie do Wolfsburga – choć miał dłuższy kontrakt w Dortmundzie, nie pokazuje brutalności futbolu.

 

Niewątpliwie można mówić o brutalności – z tym, że zastanawiam się, czy to tylko charakterystyka futbolu. Przecież w wielu zawodach tak jest, że przychodzi nowy szef i dokonuje zmian personalnych. Z drugiej strony Kuba był niesłychanie zżyty z Borussią, do której trafił w 2007 roku – cieszył się niesamowitym poparciem kibiców. Jednak to też nie pomogło...

 

Mam nadzieję, że razem z Kubą pojedziecie na finały Mundialu!

 

Zrobię wszystko, żeby tak się stało...

 

Masz za sobą wspaniałą kartę – w tym trzy turnieje finałowe EURO. Tylko Jakub Wawrzyniak też był na trzech turniejach – na EURO 2008, 2012 i 2016. Jednak „Warzyn” zagrał w finałach tylko jedno spotkanie. Ty zaliczyłeś mecz na EURO w 2008, trzy w 2012 i cztery w 2016. Jednak EURO to jedno, a doświadczyć Mundialu, to zupełnie inna kwestia.

 

Brakuje mi Mundialu – nie był mi na razie dany. Stąd moja mobilizacja nadzwyczajna. Jesteśmy na dobrej drodze, choć początek nie był łatwy...

 

Trzy pierwsze mecze to wręcz horrory – 2:2 z Kazachstanem, 3:2 z Danią i 2:1 z Armenią. Z kolei mecz z Rumunią – wygrany 3:0 – to najlepsze spotkanie ery Nawałki.

 

Po finałach EURO musiał przyjść trudniejszy czas – choćby z tego względu, że wielu kolegów zmieniło kluby. Pierwsze tygodnie, pierwsze miesiące w nowym klubie to jest naprawdę specyficzny czas. Pamiętam, że mi również nie było łatwo, gdy trafiłem do Herthy, czy gdy trafiłem do Borussii. Trzeba się oswoić z wieloma rzeczami – na boisku, jak i poza murawą. Koledzy potrzebowali tego czasu, aby okrzepnąć. Myślę, że stabilizację widać było już w Bukareszcie. Czas na kolejne kroki.

 

Na Śląsku – gdy byłeś w Gwarku Zabrze – miałeś pseudonim „Mody”, czyli po śląsku „Młody”. I dalej grasz w piłkę, jak młody Bóg!

 

Cieszy mnie obecny stan, ale tylko ja wiem, ile naprawdę to kosztuje. Ludzie z boku widzą tylko 90 minut na boisku. Dookoła meczu dzieje się jednak dużo, dużo więcej. Kiedyś – jako „Mody” - mogłem zagrać jeden mecz, a za chwilę byłem gotowy na kolejny mecz. Teraz potrzebna jest regeneracja. Organizmu nie oszukasz w tym wieku, w jakim ja jestem. Potrzebny jest również trening mentalny. Tak działa teraz mój świat piłki.

 

Na koniec zapytam Cie o Ligę Mistrzów. Zagrałeś z Legią w Warszawie, gdzie Borussia wygrała 6:0. Jednak nie wystąpiłeś w tym pamiętnym meczu 8:4, w którym ustanowiony został rekord bramek w Lidze Mistrzów. Żałujesz?

 

Po pierwsze – cieszę się, że zagrałem w Lidze Mistrzów w Polsce. To naprawdę było przeżycie. A co do spotkania 8:4, to trener oszczędzał mnie. Patrzyłem na to z boku i fajnie się to oglądało. Gol za golem. Naszych goli dwa razy więcej, ale wiem, że gdybym był na boisku to już tak fajnie by nie było. Gdy traci się 4 gole, to obrońca aż tak dobrze się nie czuje. Niewątpliwie mecz był szalony i takim go zapamiętam.

 

Hymn Ligi Mistrzów dalej robi wrażenie? Zagrałeś już 36 meczów w tych rozgrywkach...

 

Jednak to zawsze jest szczególna sprawa. Jako dziecko marzyłem, żeby kiedyś wystąpić w Lidze Mistrzów. Żyłem spotkaniami Manchesteru United. Więc teraz każdy mecz w tych rozgrywkach to wielkie święto... I to się nie zmienia, mimo że mam już blisko czterdzieści spotkań w tych rozgrywkach...

 

Był finał na Wembley, ale może nie będzie jedyny w Twoim życiu – może Millenium Stadium w Cardiff w 2017 roku?

 

Mam ten cel na oku, ale... Najpierw AS Monaco Kamila Glika. Myślę, że szanse są wyrównane. Będzie niesamowicie ciekawa rywalizacja. Gdyby udało się przejść Monaco, to już zostanie tylko krok do Cardiff, ale... nie wybiegajmy tak daleko. Najpierw czas na Podgoricę – na Czarnogórę.