Piłka nożna

Pojechał do Afryki trenować dzieci z AIDS:...

Marcin Kupczak to człowiek, który oszukał rzeczywistość. Zamiast siedzieć w pracy od 8 do 16 przez pięć dni w tygodniu, w wieku 28 lat ma na koncie już sześć kontynentów, 34 kraje, dwa razy był na końcu świata: w Nowej Zelandii i na Wyspie Wielkanocnej, a jego ostatnim celem pozostaje Antarktyda. Jak sam mówi, nie jest jeszcze dla niego finansowa osiągalna. Wy Marcina możecie kojarzyć z akcji w Ugandzie, gdzie – wspierany przez największe kluby Ekstraklasy – pojechał uczyć gry w piłkę dzieci chore na AIDS i o czym opowiedział nam w załączonym obok wywiadzie.

Mimo że w Ugandzie z zasięgiem bywa różnie, rozmawialiśmy z nim wtedy trochę dłużej. Nie padło już jednak ani jedno słowo o piłce.

Rafał Hurkowski: Chciałem zapytać: „Dlaczego pan podróżuje?”, ale to chyba nie oddaje całej sytuacji. Pan podporządkował podróżom życie. Dlaczego?

Marcin Kupczak: Zawsze marzyłem o tym, żeby zwiedzić wszystkie kontynenty. To było takie bardziej dziecięce marzenie, wydawało mi się, że nie do zrealizowania. Długo nic z tym nie robiłem. Poszedłem na studia, do pracy, żyłem jak normalny człowiek. Aż pewnego dnia ogarnął mnie strach. Przeraziła mnie wizja przewidywalnego życia z dnia na dzień. Proszę spojrzeć: spędzamy swoje najlepsze lata w zamknięciu, wykonujemy polecenia, nie mamy nawet kiedy wydać tego, co zarobimy. Kończymy pracę, idziemy spać, budzimy się do pracy. I tak pięć razy w tygodniu, do końca swoich dni. Nie godziłem się na to. Chciałem żyć prawdziwym życiem, wyjechać gdzieś daleko, poznać świat. W końcu zrozumiałem, że jedyne ograniczenia siedzą tylko i wyłącznie w mojej głowie.


Więc po prostu rzucił pan pracę i wyjechał na drugi koniec świata. Nie sądzi pan, że brzmi to trochę nierealistycznie?

Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że praca to tylko praca. Raz jesteśmy tu, raz jesteśmy tam. Jeśli miałem do wyboru: wyjazd do Tajlandii albo rezygnację z pracy, bo nie było opcji dogadania się, decyzja była prosta. Bilety kupione, więc spakowałem plecak i wyjechałem do Tajlandii. Po powrocie chciałem szybko znaleźć nową pracę i jak się okazało – nie miałem z tym problemu. Ta sytuacja powtarzała się kilka razy. Dużo ludzi żyje właśnie w takich ograniczeniach. W jednym miejscu pracy siedzą po 10, 15 lat i nie wyobrażają sobie takiej kolosalnej zmiany. Nie zamierzam nikomu mówić, że ma rzucić pracę i wyjechać na drugi koniec świata albo jeździć stopem czy robić cokolwiek innego. Nie. Każdy musi się zastanowić, czy to go kręci i czy to dla niego odpowiednia droga. Potem wystarczy już tylko chcieć.

 


Wiem, że oprócz wyjazdu do Ugandy, na który zorganizował Pan zbiórkę, koszty wszystkich innych podróży pokrył pan z własnej kieszeni. Same chęci chyba jednak nie wystarczą?

Gdy czegoś chcę, robię wszystko, by to osiągnąć. Nie wyjechałem przecież do Australii, czy nie skoczyłem ze spadochronem w Dubaju, tylko dlatego, że akurat miałem taki kaprys. Na Australię zbierałem 1,5 roku. Za dnia pracowałem, wieczorami czytałem różnego rodzaju blogi, przewodniki, ustalałem plan, polowałem na jak najtańsze bilety lotnicze. Wszystko to zresztą sprowadza się do minimalizowania kosztów. Nie ukrywajmy, to są wyjazdy w ekstremalnych warunkach. Amerykę Południową zjeździłem stopem, miałem tylko plecak, w nim parę najważniejszych rzeczy. Spałem pod namiotem. Na Islandii z kolei wynająłem samochód, w którym też oczywiście spałem, często przy -15 na zewnątrz. Nie jest łatwo, bo ja to wszystko organizuję sobie sam, podróżuję sam, czasem nagle zabraknie pieniędzy i trzeba kombinować. Mój kolega Dawid, który prowadzi na YouTube kanał Przez Świat na Fazie, schudł w Ameryce Południowej 25 kg. Z głodu.


Pana kolega Dawid został także deportowany z Brazylii, innym razem miał „małe” problemy w Wietnamie. Rozumiem, że pan też ma co opowiadać wnukom?

To jest ryzyko, które musimy zaakceptować. Nie jedziemy przecież zwiedzać Torunia. Taką najbardziej nieprzyjemną sytuację miałem rok temu w Tajlandii. Tamtą noc chciałem spędzić na plaży, szykowałem się akurat do spania, gdy kątem oka spostrzegłem faceta z nożem dosłownie 10 metrów ode mnie. Ten pan raczej nie miał mi nic wartościowego do przekazania, więc od razu się przebudziłem, wstałem, ale nie mogłem tak po prostu uciec – wokół miałem rozłożony cały ekwipunek. Zacząłem więc krzyczeć, bo obok była wioska i miałem nadzieję, że ktoś mnie usłyszy. Poszło łatwiej niż myślałem – nie minęło kilka sekund, facet uciekł. Nie miał raczej żadnego interesu w tym, żeby mnie zabijać. Liczył raczej na to, że śpię, chciał mnie okraść, a ten nóż był mu tylko po to, gdybym obudził się w nieodpowiednim momencie… Dla bezpieczeństwa, rozłożyłem się jednak między jakimiś budynkami.

 

Dawid z Przez Świat na Fazie i Marcin Kupczak poznali się przez przypadek w Ugandzie


A co z tym kombinowaniem jedzenia – naprawdę zdarza się, że będąc na końcu świata, braknie panu nagle pieniędzy?

Zwykle na te kilka miesięcy podróży, odejmując koszty przelotów, starcza mi kilkaset złotych – tak do 600, 700. Właściwie tylko raz zostałem bez grosza. Byłem akurat w Chile, kończyłem zwiedzenie Ameryki Południowej i miałem do wyboru: albo pojechać do Boliwii i mieć pięć dolarów na przeżycie ostatnich pięciu dni w Chile, albo nie jechać do Boliwii i spokojnie czekać sobie w Chile na dzień odlotu. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym został. A to niestety skutkowało tym, że ostatnie trzy dni i trzy noce przed wylotem musiałem spędzić na lotnisku. Nie miałem co jeść, byłem osłabiony – w takich okolicznościach strach było się gdziekolwiek rozłożyć. Na lotnisku byłem jednak bezpieczny, a ludzie widzieli, że nie jestem żebrakiem, tylko trochę zagubionym Europejczykiem, który znalazł się akurat w ciężkiej sytuacji. Pani z kiosku codziennie rano kupowała mi butelkę wody i kilka kanapek. Trochę jak w tym filmie „Terminal”. Dziś te trzy dni wspominam jako jedne z najlepszych, takich najsympatyczniejszych, z całej tamtej podróży.


Dobrze, ustaliliśmy już, że na taką podróż może pozwolić sobie praktycznie każdy, oczywiście jeśli nie ma jakichś większych rodzinnych zobowiązań, ale na pewno nie każdy poradziłby sobie w takich sytuacjach, warunkach, jakie pan przed chwilą opisał. Komu by pan taki wyjazd odradził?

Zakładam, że jeśli człowiek chciałby podróżować w ten sposób, marzy o takiej totalnej wolności j niezależności, to jest gotowy także na to, co się z tym wiąże. Najważniejsza w tym wszystkim jest umiejętność dostosowania się do sytuacji. Ja jestem chłopak ze Śląska, tu nigdy nie było lekko. Panował kult pracy, ciężkiej harówki, w końcu rejon górniczo-hutniczy. Ale mimo to rodzice nie są milionerami, nie dostałem niczego na tacy, musiałem sobie radzić sam. Jeśli człowiek dorasta w takich ciężkich warunkach, potem to procentuje w jego dorosłym życiu – jest w stanie odnaleźć się w każdej sytuacji, wie, że zawsze sobie poradzi, bo… Bo po prostu musi. Tego został nauczony w dzieciństwie. Powiedzmy sobie szczerze: to nie jest „sport” dla mięczaków.

 


Jeśli miałby pan wybrać towarzysza podróży, wybrałby pan osobę o słabym charakterze, ale świetnie znającą języki obce, czy raczej osobę, która mówi tylko po polsku, ale ma ten instynkt przetrwania?

Oczywiście, że osobę nr dwa. Nieznajomość języków jest jednym z tych ograniczeń, które trzymają ludzi w domu, mimo że nie ma to żadnego przełożenia w rzeczywistości. Ja znam tylko angielski, ale w Ameryce Południowej i część Azji, zupełnie mi się nie przydał. Mimo to, poznałem tam wielu fantastycznych ludzi, bo jeśli chce się z kimś porozumieć, znajdzie się sposób na wszystko. Od czego jest Google Translate, od czego mowa ciała? W podróży najważniejsze są cechy osobowości. Oprócz tego, co już mówiłem, przede wszystkim komunikatywność – trzeba być otwartym na ludzi, ale nie dawać się wykorzystywać, szczególnie w tych biednych krajach, gdzie „ty po prostu musisz nam pomóc”. Trzeba też wyłączyć europejski tryb myślenia. Żyć jak miejscowi, jeść tam, gdzie oni jedzą, robić to, co oni robią. I przede wszystkim – nie „cwaniakować”. Skąd to ja nie przyjechałem, kim to ja nie jestem. Skromność, komunikatywność, poszanowanie zwyczajów w danym kraju i wszystko powinno być dobrze.

„To nie jest tak, że podróżuję, bo po prostu lubię podróżować. Każdy ma swoje problemy, które go gdzieś tam wewnętrznie zabijają i każdy szuka sposobu, by sobie z nimi poradzić. Ja swój sposób znalazłem” –  stwierdził ostatnio pana kolega Dawid. Czyli podróże mogą być też formą terapii?

Podróże nie są rozwiązaniem problemów, ale wychodząc ze swojej strefy komfortu, wyjeżdżając do zupełnie innego, biedniejszego kraju, dostosowując się do zupełnie innych, gorszych warunków, obcując z zupełnie innymi, mimo wszystko cieszącymi się życiem ludźmi, na pewno zupełnie inaczej patrzymy też na te nasze problemy. Wydają się jakby trochę mniejsze. No i podróżując samotnie, masz czas, żeby pewne rzeczy przemyśleć, nawet w jakimś stopniu je zmienić. Także jak najbardziej mogę się pod słowami Dawida podpisać.