Sędziowie punktowali: 116:111, 117:110, 118:109, wszyscy na korzyść Briedisa (22-0, 18 KO), który jest pierwszym łotewskim mistrzem świata zawodowego boksu. Marco Huck (40-4-1, 27 KO), dla którego była to dwudziesta walka o mistrzostwo świata, przyjął porażkę z klasą. Uznał wyższość rywala, podziękował za doping i nie krył rozczarowania swoją postawą. Był przekonany, że to on wyjdzie z tej konfrontacji z zielonym pasem WBC, o którym jak przyznał zawsze marzył. Chciał tego dokonać w Westfalenhalle w Dortmundzie, tu  gdzie bił się legendarny Max Schmelling, wielki niemiecki mistrz wagi ciężkiej.

 

Ale już pierwsza, dość wyrównana runda wyrównana pokazała, że Huck nie jest w mistrzowskiej formie, a kolejne starcie tylko to potwierdziły. Briedis dużo spokojniejszy, luźniejszy, bił celniej i częściej, a Huck w niczym nie przypominał tego agresywnego mistrza organizacji WBO sprzed lat. Wyglądało na to, że Briedis już w pierwszej fazie wyssał z niego energię i wiarę w zwycięstwo.

 

Łotysz ma to do siebie, że nie dąży za wszelką cenę do wygranej przez nokaut, jest cierpliwy i konsekwentny. No i zdecydowanie lepiej się porusza od Hucka. szybciej, swobodniej. A przy tym jest pewny swego, gotowy na czystą, sportową walkę, ale też na brutalną, pełną fauli wojnę. Był przecież wysokiej klasy, utytułowanym kickbokserem, znakomicie radził sobie też w turniejach Bigger’s Better, które kilka razy wygrał. Niewiele brakowało, by w 2010 roku związał się z grupą KnockOut Andrzeja Wasilewskiego. Stoczył nawet jedną walkę w Polsce (w Krynicy Górskiej), ale kontrakty nie podpisał i wrócił do Rygi, gdzie mieszka, a wtedy jeszcze pracował jako policjant.

 

Dziś może się skoncentrować już tylko na boksie. Jest mistrzem świata prestiżowej organizacji, ma pas, który jeszcze kilka lata temu należał do Krzysztofa „Diablo” Włodarczyka. Później Polakowi odebrał go Rosjanin Grigorij Drozd, następnie w jego posiadanie wszedł Anglik Tony Bellew, a teraz przejął go Briedis.

 

Bellew w starciu o wakujący tytuł pokonał Ilungę Makabu, a Briedis też walcząc o wakujący pas, Marco Hucka, który wcześniej, w 2015 roku, został w Newark znokautowany przez Krzysztofa Głowackiego i stracił tytuł organizacji WBO. Polak nie cieszył się nim długo. We wrześniu minionego roku przegrał w Gdańsku na punkty z Ołeksandrem Usykiem.

 

Teraz sytuacja jest taka, że mistrzem WBC jest Mairis Briedis, ale Bellew (champion emeritus) jeśli tylko wyleczy kontuzjowaną w starciu z Davidem Hayem rękę i uzna, że chce znów walczyć w wadze junior ciężkiej, będzie miał prawo zmierzyć się z Briedisem. Co więcej takie prawo ma również Drozd (champion in recess), który dwa lata temu oddał pas WBC z przyczyn zdrowotnych.

 

A z kim może się teraz mierzyć Mairis Briedis ? Najpierw musi wyleczyć złamane w ostatniej rundzie walki z Huckiem żebro (stąd wizyta w szpitalu), a później wybrać jedną z propozycji, bo z pewnością będzie ich sporo.

 

Jeśli dojdzie do unifikacyjnych walk, to z komunikacją problemu nie będzie, gdyż mistrzowie wagi cruiser mówią po rosyjsku i pochodzą z krajów byłego Związku Radzieckiego. Briedis (WBC) jest Łotyszem, Osetyniec Murat Gassijew (IBF) reprezentuje Rosję, Denis Lebiediew (WBA) jest Rosjaninem, natomiast Ołeksandr Usyk (WBO) Ukraińcem.

 

Sam jestem ciekaw, kto wygrałby takie mistrzostwa nieistniejącego ZSRR. Stawiałbym na Usyka, ale pozostali nie byliby bez szans. Kto wie, może dojdzie do takiej rywalizacji.