Były inne pomysły na Adamka. Kilku rywali odmówiło

Sporty walki

Wszystko już wiemy. Rywalem Tomasza Adamka na Polsat Boxing Night VII będzie Australijczyk Solomon Haumono. Przeciwnik solidny, ale w zasięgu możliwości "Górala".

Pomysłów była kilka. Rewanż z Chrisem Arreolą lub walka z wysoko klasyfikowanym Ukraińcem Andrijem Rudenką. Ostatecznie obaj potencjalni rywale odmówili, a chęć przylotu do Polski wyraził 41-letni Haumono (24-3-2, 21 KO), który w ubiegłym roku, w lipcu stoczył pojedynek z Josephem Parkerem. Dziś Nowozelandczyk jest już mistrzem świata organizacji WBO po wygranej z Meksykaninem Andy Ruizem Jr, ale wtedy był dopiero na drodze do życiowego sukcesu. Tamta, bardzo ważna dla niego walka zakończyła się w czwartym starciu po prawym podbródkowym, którym rzucił Australijczyka na deski. Ekipa Haumono złożyła później protest podważający decyzję sędziego ringowego Bruce'a McTavisha, ale nie został  uwzględniony.

 

Fakty są takie, że Parker wygrał zasłużenie, był lepszy, a jego ciosy, szczególnie podbródkowe, skuteczniejsze. I warto, by właśnie o ciosach podbródkowych pamiętał Adamek. Musi też uważać na sierpowe Haumono, szczególnie prawy, bity nad lewą ręką, bo może być bardzo groźny.

 

Australijczyk wydaje się być dobrym wyborem dla Adamka. Rok starszy, jest mniej więcej tego samego wzrostu (188 cm) i mocno bije, o czym świadczy wysoki współczynnik nokautów, ale jeśli chodzi o listę sukcesów nie ma się oczywiście co z nim równać.

 

Ale to samo można było powiedzieć o Eriku Molinie, który znokautował Adamka na ubiegłorocznej, kwietniowej gali Polsat Boxing Night V w Krakowie. Okoliczności oczywiście pamiętamy, tak samo jak punktację sędziów, korzystną dla Polaka, do momentu przerwania pojedynku, ale ta bolesna porażka z pewnością wciąż tkwi w głowie naszego mistrza świata dwóch kategorii.

 

Adamek nie chciałby się żegnać z zawodowym ringiem przegraną, dlatego zdecydował się na występ w Gdańsku. Z drugiej strony chciał walczyć z twardym, potrafiącym boksować przeciwnikiem, więc gdy dowiedział się, że 24 czerwca zmierzy się z Haumono, był zadowolony.

 

Zdaje sobie bowiem doskonale sprawę, że Australijczyk  tanio skóry nie sprzeda i zrobi wszystko, by wygrać. Urodzony 13 października 1975 roku w Auckland (Nowa Zelandia) Haumono mierzy wprawdzie tylko centymetr więcej od Polaka, ale ma mniejszy zasięg i jest sporo cięższy, waży około 110-111 kg.

 

Boks jest jego drugim sportem, wiele lat był zawodnikiem rugby league. Reprezentował nie tylko Australię, ale i Tonga, skąd wywodzą się jego korzenie. No, ale jak się ma ojca, Maile'a Haumono, który był mistrzem Australii wagi ciężkiej, to wcześniej czy później też trzeba założyć rękawice i spróbować swych sił w ringu. 

 

W latach 2000-2002 stoczył osiem zawodowych walk i dość szybko został mistrzem Nowej Południowej Walii w najcięższej kategorii, ale tęsknota za rugby była jeszcze zbyt silna. W 2003 roku wrócił na boisko, najpierw grając w barwach Manly, a później London Broncos.

 

W marcu 2007 roku znów wszedł między liny i swojego rywala, Fatu Tuimanono,  znokautował już w pierwszym starciu. Pięć lat wcześniej, gdy rzucał boks dla rugby z tym samym Tuimanono rozprawił się w drugim starciu, i też w Sydney.

 

Warto jeszcze wspomnieć, że w 2013 roku znokautował w trzeciej rundzie Brazylijczyka Marcelo Luiza Nascimento, tego samego, który ostatnio w Żyrardowie rozbił Siergieja Werwejkę, a w ubiegłym roku stoczył wyrównany, nieznacznie przegrany na punkty pojedynek z Mariuszem Wachem w Kędzierzynie Koźlu.

 

Jego żona Margaret, z którą ma piątkę dzieci, jest kuzynką przyjaciela, też byłego rugbisty, a później zawodowego boksera, Anthony Mundine'a. Jak widać związki Haumono z obu tymi dyscyplinami sięgają również życia osobistego.

 

Będzie więc o czym pisać, bo Haumono to kolorowa postać, będzie też co oglądać, bo były rugbista to kawał wojownika i wspólnie z "Góralem" stworzą zapewne emocjonujące widowisko.

Informacja Prasowa

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze