Piłka ręczna

Blamaż Polaków na Białorusi

Ja wyobrażam to sobie tak: Od zakończenia meczu minął jakiś czas. Nie za długo. Jest ten sam dzień, około dwudziestej. W studiu wiadomości sportowych państwowej telewizji niespodziewanie pojawia się Joanna Szczepkowska. Siada bezszelestnie acz dość nerwowo tuż obok dziennikarza i z wyrazem najgłębszego zakłopotania na twarzy mówi do nas (a broda jej drży): „Proszę państwa, czwartego maja dwa tysiące siedemnastego roku skończyła się w Polsce piłka ręczna”.

 

Tamten polityczny manifest sprzed lat do dziś ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Parafraza tekstu wniebowziętej wówczas aktorki Teatru Powszechnego też nie do końca oddaje stan faktyczny. Ale jest blisko. Dotyka głębi problemu. Kryzys jest totalny jak totalna jest dzisiejsza polityka.

Komentatorzy spotkania w Mińsku w pewnym momencie zgodnie stwierdzili, że to najgorszy mecz Polaków w ostatnich latach. Diablo odważna konstatacja biorąc pod uwagę żenujący występ sprzed raptem półtora roku w meczu o wszystko z Chorwacją. Coś w tym jednak jest. Proszę sobie przypomnieć, że wtedy, w styczniu zeszłego roku ledwie dwa dni przed blamażem z Chorwatami Polacy spacerkiem wygrali mecz z Białorusią. Jakby zupełnie po drodze. Właśnie spacerkiem. I to jest klucz do opisu tego co przydarzyło się w Mińsku. Dziś, gdyby nie kolorowa telewizja, mogłoby się wydawać, że siedzimy przed odbiornikami w schyłkowym okresie peerelu, a Szczepkowska zaraz wejdzie do studia dziennika.

Polacy w odstępie ledwie kilkunastu miesięcy, pamiętny mecz (zdaje się najlepszy w historii reprezentacji) z Francją, jeśli idzie o wymiar sportowy, wrócili do wieków ciemnych. A przecież, patrząc na „pierwszy skład” z Mińska, pojawiły się nazwiska piłkarzy doświadczonych, którzy zdobywali medale mistrzostw świata i niecały rok temu wygrywali Ligę Mistrzów. A i tak najlepszym wśród naszych okazał się, przepraszam za sformułowanie, bramkarz z brzuszkiem, a drugim najlepszym na siłę przekwalifikowany ze skrzydłowego – rozgrywający. I to jest aktualny stan naszej reprezentacji, która po trzech meczach eliminacji nie ma na koncie choćby punktu. I jeszcze trener, który po zawstydzająco wysokiej porażce z bardzo przeciętnym rywalem, przedłuża spektakl dyskutując z sędziami, którzy, nie ma co, Polaków pewnie skrzywdzili.
 
Dobrze, niech będzie - drużyna Dujszebajewa, wbrew wszystkiemu, wygra trzy pozostałe mecze. Może nawet uzyska awans i, da Bóg, zobaczymy te nasze orły człapiące po chorwackich boiskach. Nadejdzie zima następnego roku, zima przeraźliwie zimna i ciemna. Mecz Polaków będzie się właśnie rozpoczynał. Ale ludzie w kraju stojąc w korkach na zaśnieżonych ulicach małych i dużych miast będą cierpliwie czekać na powrót do domów. Orły? Grają jakieś orły? Dramaturgia? Gdzie? Emocje? Chyba, że kto pierwszy wystartuje spod świateł. A może wręcz przeciwnie – nie będzie żadnej polskiej reprezentacji w finałach. Zwyczajnie, po latach niespodziewanie obfitych we wszelkie łaski, przyjdzie pora postu i pokuty za roztrwoniony czas, kiedy wszystko szło jak z płatka a z nieba leciała manna.