Kiedy ZPRP wybierał następcę Michaela Bieglera zadzwonił do mnie znajomy dziennikarz i dowcipnie zagaił: - Chciałbym nagrać twoją wypowiedź na temat tego, kto powinien zostać nowym selekcjonerem i dlaczego Talant Dujszebajew.

- Ale ja wcale nie uważam, że powinien to być Dujszebajew. Wolałbym Piotra Przybeckiego - odpowiedziałem...

Dziś, nieco ponad rok później, mojemu życzeniu stało się zadość. I choć szkoda mi straconych miesięcy od igrzysk w Rio - kiedy rozpaczliwe próby utrzymania w kadrze weteranów, ani nie dały nam wyników, ani nie pozwoliły na rozpoczęcie budowy nowego zespołu - to naprawdę się cieszę. Oczywiście nie ma żadnej gwarancji, że za kilka lat Biało-czerwoni znów będą liczyli się w handbalowym świecie, ale jest nadzieja. A to w obecnej sytuacji dużo. Powodów, dla których Piotrowi Przybeckiemu może się udać jest co najmniej kilka.

Po pierwsze: bo jest dobrym trenerem
Przybecki to trener na dorobku. Praca w Wiśle Płock, którą zaczął niespełna rok temu, jest pierwszą samodzielną w poważnym klubie. Jako
trener niczego jeszcze nie wygrał, bo zwyczajnie nie miał kiedy. A mimo to, nigdy od nikogo nie usłyszałem ani jednej krytycznej uwagi na temat merytorycznego przygotowania Piotra. Jego wiedzę, umiejętność analizy, poziom rozumienia gry w piłkę ręczną chwalą wszyscy.

Starsi, doświadczeni szkoleniowcy, którzy na młodszych kolegów lubią spoglądać z wyżyn swojego CV o Przybeckim wypowiadają się wyłącznie z uznaniem. Zawodnicy, którzy mieli okazję z nim pracować w Szczecinie, Wrocławiu i Płocku - nie mogą się go nachwalić.

Pamiętam pewną rozmowę z Wojciechem Zydroniem; wielokrotny mistrz i reprezentant Polski, król strzelców naszej ekstraklasy, który przez niemal dwie dekady w Kielcach, Puławach i w Szczecinie pracował z wieloma wybitnymi trenerami powiedział mi kiedyś: - Przez dwadzieścia lat nie dowiedziałem się tyle o piłce ręcznej, co przez rok w Szczecinie od "Beckiego".

Za dowód trenerskich kwalifikacji nowego selekcjonera mogą też posłużyć jego przygody w Śląsku Wrocław. Do klubu balansującego na krawędzi przetrwania przychodzili świadomi tego faktu zawodnicy - również zagraniczni - którzy właśnie pod ręką Przybeckiego chcieli nadać swoim karierom nowy impuls. A on z tym pospolitym ruszeniem utrzymał w 2015 roku Śląsk w Superlidze, co było trenerskim majstersztykiem.

Po drugie: bo potrafi pracować z młodymi zawodnikami
Kiedy w Płocku żegnano się z Manolo Cadenasem, działacze Wisły starali się znaleźć trenera, który potrafiłby wprowadzać młodych graczy na najwyższy poziom równie umiejętnie, co Hiszpan. I znaleźli - Przybeckiego. To szkoleniowiec, który potrafi współpracować z zawodnikami na każdym etapie kariery - także tym początkowym. Potrafi motywować nie wbijając w kompleksy, inspirować nie przytłaczając. A to może być jedna z kluczowych umiejętności przy próbie zbudowania nowej reprezentacji. Nowej, więc siłą rzeczy złożonej w dużej mierze z młodzieży.

Po trzecie: bo był świetnym zawodnikiem
Piotr Przybecki miał ogromny talent do gry i sporego pecha do... chronologii. Urodził się za późno, by odnosić sukcesy wspólnie z pokoleniem Klempela i Waszkiewicza a zarazem za wcześnie, by dołączyć do drużyny braci Lijewskich i Jureckich. Grubo ponad sto występów i blisko czterysta bramek w narodowych barwach robi wrażenie, ale nie takie jak osiągnięcia w klubach.
Po wstępach w Śląsku Wrocław i Iskrze Kielce trafił do Niemiec i został tam na lat kilkanaście. Piętnaście sezonów w najsilniejszej lidze świata - Bundeslidze, blisko półtora tysiąca bramek (!), mistrzostwo Niemiec w barwach wielkiego THW Kiel. Nic dodać, nic ująć.

Po czwarte: bo ma autorytet
To był chyba największy problem jednego z jego poprzedników na selekcjonerskim stołku. Grupa najbardziej utytułowanych zawodników nigdy nie traktowała do końca poważnie Michaela Bieglera - człowieka, który ani jako zawodnik, ani jako trener nie wygrał nawet ułamka tego, co czołowi polscy zawodnicy. U Przybeckiego tego problemu nie będzie.

Po piąte: bo po prostu jest w porządku
Nowy selekcjoner nie musi zatem budować autorytetu wznosząc sztuczny mur między sobą a zespołem. Nie musi stroić srogich min, ani pohukiwać na wszystkich dokoła. Byłoby to zresztą sprzeczne z jego charakterem. Z charakterem fajnego, otwartego, szczerego faceta, o którym nie sposób usłyszeć niepochlebnej opinii.

Po szóste: bo potrafi zadbać o atmosferę
Fakt, że Przybecki właściwie nie ma wrogów i jest lubiany, tak przez współpracowników oraz podopiecznych, jak i rywali jest istotniejszy niż może się na pierwszy rzut oka wydawać. Reprezentacja Polski to nie będzie w najbliższych latach grupa znakomitych zawodników z gwiazdami światowego formatu. Taki komfort pracy ostatni raz miał Talant Dujszebajew podczas igrzysk w Brazylii. Złote pokolenie odchodzi, następców tej klasy brak.

By nowa kadra potrafiła wygrywać z mocnymi rywalami, potrzebna będzie jakaś wartość dodana do sumy indywidualnych umiejętności. Na przykład świetna atmosfera w zespole, słynny "team spirit". Piotr Przybecki potrafił taki stworzyć nawet w biednym jak mysz kościelna Śląsku, powinien poradzić sobie z tym zadaniem również w kadrze.

Po siódme: bo ma pod ręką potencjalnych kadrowiczów
Od kilku już lat o polskich szczypiornistów - poza nielicznymi wyjątkami - nie zabiegają zagraniczne kluby. Gros kadrowiczów odbudowywanej reprezentacji będzie rekrutowało się z polskiej ligi. Tej samej, którą prowadzący Wisłę Płock Przybecki zna jak własną kieszeń. Mało tego, z kilkoma zawodnikami, których harmonijny rozwój może mieć kluczowe znaczenie dla pomyślności naszej drużyny narodowej, Przybecki pracuje każdego dnia: z Adamem Morawskim, z braćmi Gębalami, z Michałem Daszkiem.



Czy tych siedem powodów, niczym siedmiu doskonałych zawodników, zagwarantuje sukces polskiej reprezentacji pod ręką Piotra Przybeckiego? Nie. Gwarancji - powtórzę - nie ma żadnej. Grzejący się w blasku kolejnych sukcesów związkowi działacze zbyt wiele popełnili w ostatnich latach błędów, za mało zrobili dla upowszechnienia piłki ręcznej; stąd tak trudno o następców Bieleckiego, Lijewskich, Tkaczyka, Jurasika, Jureckich.

Dlatego mam poważne wątpliwości, czy jest w ogóle możliwe zbudowanie drużyny zdolnej do wywalczenia awansu do igrzysk olimpijskich w Tokio w 2020 roku. A to jest cel, o którym niezmiennie mówi Andrzej Kraśnicki. Nie wiem, czy prezes ZPRP sam w to wierzy, czy rzeczywiście nie widzi skali problemu, jaki powstał po zakończeniu reprezentacyjnych karier przez najlepszych zawodników, czy tylko robi dobrą minę do złej gry...

Sensowniejszą i realniejszą perspektywą wydaje mi się rok 2023. Data, o której w gorącej dyskusji na temat przyszłości polskiej piłki ręcznej nikt właściwie nie wspomina. A przecież wtedy zorganizujemy (wspólnie ze Szwecją) mistrzostwa świata. O ile, przyznaję uczciwie, trochę brakuje mi wiary w powodzenie misji Tokio 2020, o tyle oczami wyobraźni widzę zgraną, poukładaną i groźną dla wszystkich reprezentację Polski w mundialu rozgrywanym w polskich halach; i widzę, że tą drużyną kieruje selekcjoner Piotr Przybecki.

Czego niniejszym jemu i wszystkim fanom szczypiorniaka w Polsce gorąco życzę.