Lorek: Powtórka z MotoAreny

Żużel
Lorek: Powtórka z MotoAreny
fot. PAP

19 czerwca 2010 roku w Grodzie Kopernika bezbłędny był Tomasz Gollob. Bydgoszczanin wygrał wówczas siedem wyścigów podczas Speedway Grand Prix i był nieosiągalny dla rywali. Obok Tomasza na podium stanęli dwaj inni reprezentanci Polski: drugi był Rune Holta, a trzeci Jarosław Hampel. Czwarty na metę wpadł Australijczyk Jason Crump. Siedem lat później w łotewskim Daugavpils nastąpiła powtórka z rozrywki.

Polska husaria… Kiedy Toruń debiutował w roli gospodarza cyklu Speedway Grand Prix, Tomasz Gollob był na fali wznoszącej. W olśniewającym stylu zmierzał po wymarzony tytuł indywidualnego mistrza świata. Dżentelmen z norweskiego Randaberg, acz posiadający polską licencję i obywatelstwo – Rune Holta zameldował się na mecie jako drugi. „Mały”, czyli Jarek Hampel, rodowity łodzianin, też zakosztował smaku podium. Trzykrotny indywidualny mistrz świata Jason Crump dwoił się i troił, chciał błysnąć, bo z wygodnej niczym szezlong loży, toruńską rundę GP oglądał jego rodak Mark Webber, wówczas kierowca wyścigowy teamu Red Bull Racing. Gwiazda Formuły 1 zna realia i wie jak bardzo rozwinął się polski żużel w wymiarze sportowym, przeto nie doznał szoku widząc trzech Polaków na podium. Siedzący obok Webbera Nowozelandczyk Barry Briggs, czterokrotny indywidualny mistrz świata na żużlu, bił brawo przy otwartej kurtynie. Tomasz Gollob znajdował się w wybornej formie i cieszył oko swoją jazdą. Czy ktokolwiek z obecnych na MotoArenie widzów mógł przypuszczać, że siedem lat później Polacy zdominują GP Łotwy i zatrzasną drzwiczki do podium przed innym Australijczykiem? Konia z rzędem i kropelkę wody z sadzawki Siloe temu kto byłby w stanie przewidzieć taki rozwój wydarzeń… Jason Doyle nie sprostał trio Polaków: Piotrowi Pawlickiemu, Patrykowi Dudkowi i Maciejowi Janowskiemu. Obłąkańczo uroczy sukces biało – czerwonych na Łotwie nie przyszedł jednak łatwo…

 

Przeznaczenie

 

Piotr Pawlicki ma starszego brata Przemysława, który również ściga się na motocyklu żużlowym. Przemek, podobnie jak Piotr to dobrze wychowany młody człowiek, który potrafi zręcznie zwrócić uwagę, gdy coś nie gra w klamotach. Jest wyważoną, zodiakalną Panną, człowiekiem o analitycznym spojrzeniu. Może siedzieć na sofie w Wielkopolsce, nie musi gnać do Daugavpils, aby dostrzec cenne niuanse. Pomagał bratu podczas wspinaczki po pierwsze zwycięstwo w cyklu mistrzostw świata. Ileż samozaparcia mają bracia Pawliccy, ileż czarodziejskiej mocy mentalnej potrzebują (wszak Łamignat i jego cioteczka Jaga nie smarują motocykli maścią, która unosi ich w powietrzu), żeby wykontrować motocykl i na wyjściu z wirażu mijać najlepszych żużlowców na świecie?! Tym bardziej, że zarówno Piotr jak i Przemek przechowują w głowie i na fotografiach scenę z finału mistrzostw Polski par klubowych z 1992 roku. Wówczas ich tata – Piotr Pawlicki senior, zawodnik Unii Leszno, uległ makabrycznemu wypadkowi. Uraz kręgosłupa jakiego nabawił się niezwykle waleczny Piotr był na tyle poważny, że medycy wykluczali szansę na powrót do zdrowia. Piotr Pawlicki senior miał być po wsze czasy przykuty do wózka inwalidzkiego. Jednak wiara w niemożliwe przeniosła Piotra w inny wymiar i po latach katorżniczej rehabilitacji, tata Pawlicki stanął na nogi. Owszem, podpierał się kulą, ale mógł oglądać świat z piękniejszej perspektywy i edukować synów w żużlowym rzemiośle. Po wielu latach klinika w Niemczech, w której operowano Piotra w 1992 roku, zaprosiła byłego żużlowca, aby opowiedział uczonym umysłom jak to możliwe, że on porusza się o sile własnych nóg. Możliwe. Piotr zrezygnował z honorarium za wykład, bo wie co w życiu jest najważniejsze. Może te kilka tysięcy euro przekazane na badania nad funkcjami kręgosłupa uratuje komuś życie i rozjaśni w głowach medyków i neurochirurgów? A może zwyczajnie w świecie, część zjawisk pozostanie niewytłumaczalna? Czasami jest lepiej jeśli ludzki umysł zanadto nie docieka dlaczego proces uleczenia był możliwy…

 

Syn Piotra Pawlickiego seniora nie rozpoczął zawodów w wyśnionej konfiguracji. W trzecim wyścigu GP Łotwy odważną szarżą po zewnętrznej popisał się Maksims Bogdanovs – człowiek, który w 2010 roku przegrał o włos złoty medal indywidualnych mistrzostw świata juniorów. Wówczas Łotysz, po pasjonującym spektaklu w trzech aktach, stanął do wyścigu dodatkowego z Maciejem Janowskim i Darcym Wardem. W Pardubicach królował Ward, a Maksims zadowolił się brązowym medalem. W Daugavpils Bogdanovs czuł się wyśmienicie i nie zawahał się, aby zaatakować Chrisa Holdera. Piotr Pawlicki rozpoczął GP Łotwy od skromnej zdobyczy: jednego punktu. W drugiej serii startów najlepszy junior świata w 2014 roku przywiózł dwa oczka. Na twarzy próżno było szukać śladu banana, ale humor uległ zdecydowanej poprawie. W owym ósmym wyścigu najszybszy był Maciej Janowski. Piotr przyjechał za plecami wrocławianina, trzeci był Patryk Dudek, a czwarty minął linię mety dotychczasowy lider cyklu Fredrik Lindgren. Kolejność szokująca, zważywszy na fakt, że Szwed dysponował solidnym bagażem doświadczeń, wszak w latach 2015 – 2016 ścigał się dla miejscowego Lokomotive Daugavpils… Niby człowiek wszystko wie, niby posiada kontrolę nad sprzętem, niby posiada mapę toru wyrysowaną w półkuli mózgowej, ale czasami niewytłumaczalne zjawiska sprawiają, że tona wiedzy obraca się przeciwko osobnikowi… Czar speedwaya.

 

Od trzeciej serii wyścigów nie było mocnych na Piotra Pawlickiego. Czy aż tak bardzo zmieniła się wilgotność powietrza, że sprzęt był lepiej dostrojony? Sekretna wiedza nie wydostała się poza obszar boksu Polaka. W dziesiątym wyścigu Piotr nie dał szans dwukrotnemu mistrzowi świata Taiowi Woffindenowi, Toninho Lindbaeckowi i Jasonowi Doyle’owi. To był sygnał do ataku. W trzynastym wyścigu, tuż po równaniu i roszeniu toru, Piotr pokazał plecy Matejowi Zagarowi, Martinovi Vaculikowi i Peterowi Kildemandowi. Pająk Kildemand, znajomy Tekli z kultowej bajki „Pszczółka Maja”, zastępował w Daugavpils Nickiego Pedersena. Trzykrotny indywidualny mistrz świata doznał kontuzji w meczu duńskiej superligi. Pawlicki nie zwalniał tempa. Nie zamierzał wywiesić białej flagi i wzbogacił się o kolejne trzy punkty w dziewiętnastym wyścigu pokonując Nielsa Kristiana Iversena, Emila Sajfutdinowa i Grega Hancocka. Dwanaście oczek to pokaźna zaliczka przed półfinałami.

 

W pierwszym półfinale Piotr Pawlicki popisał się znakomitym refleksem. Na drugim miejscu uplasował się Maciej Janowski, który wybornie ścigał się na Łotwie, ale w siedemnastym wyścigu „zderzył się z ciężarówką”, solidnie poobijał lewą nóżkę i odczuwał potworny ból. Jednak wrocławianin, zodiakalny Lew, walczył do końca i zapewnił sobie prawo występu w ścisłym finale. W decydującej rozgrywce Piotr Pawlicki znów błysnął idealnym momentem startowym i odniósł pierwsze w karierze zwycięstwo w cyklu Speedway GP. Peter Adams, menedżer Wolverhampton Wolves i opiekun Brytyjczyka Taia Woffindena, tylko się subtelnie uśmiechnął. Stary lis czujący zapach Wembley Stadium, dał Piotrowi szansę edukacji na Monmore Green w sezonie 2014. Posyłał Polaka do boju nawet po zerze w pierwszym wyścigu. Wierzył w Piotra i wiedział jak obudzić w nim żądzę sukcesu. Tata Piotra cieszy się jak dziecko, bo wie jak arcytrudnym zadaniem jest mądre prowadzenie syna w tak ekstremalnym sporcie jak speedway. Gdyby nie miłość mamy, nie byłoby również trafionych ustawień sprzętu… Przeto Piotr zadedykował łotewski sukces swojej mamie. Nie zapomniał, że w przeddzień GP Łotwy wszystkie mamy miały swoje święto. Okrutnie dobrze wychowaliście synów i córki, waszmość Piotrze Pawlicki i waćpanno Wioletto…

 

Na podbój Pragi

 

8 czerwca 2017 roku na praskim zamku odbędzie się uroczysta kolacja sławiąca żużlową GP. 21 rund nad Wełtawą… Szmat czasu. Greg Hancock wie na czym polega niezbywalny urok stolicy Czech, bo w Pradze ściga się nie tylko podczas Speedway Grand Prix, ale również podczas memoriału Lubose Tomicka. Urzędujący mistrz świata nie odnalazł jeszcze wielkiej formy, ale kto wie czy praskie perfumy nie naprowadzą Grega na właściwą ścieżkę? 20 lat temu Kalifornijczyk szalał jak natchniony poeta Egon Bondy na praskiej Markecie. Niezapomniany finał A z udziałem Hancocka, Hamilla, Drabika i Golloba… Amerykanin po trzech rundach tegorocznego cyklu zajmuje odległe jak na jego standardy dwunaste miejsce z dorobkiem 20 punktów. W Daugavpils Greg wzbogacił konto o 5 oczek. Stary wyjadacz z Whittier nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

 

Do Pragi w glorii lidera cyklu przyjedzie zielonogórzanin Patryk Dudek. W 2013 roku Duzers świętował w stolicy Czech, gdyż z reprezentacją Polski sięgnął po prymat w Drużynowym Pucharze Świata. Patryk zna klimat czeskiej ligi, która jest przepiękna, bo funkcjonuje w nieznanym, zapomnianym obszarze. Przed laty Dudek ścigał się dla Zlatej Prilby Pardubice, a do południowych sąsiadów nie ma nazbyt daleko z rodzinnego Grodu Bachusa. W czeskiej ekstralidze jest miejsce na filozoficzny dyskurs o bandzie starszej niźli Wał Hadriana. Na wzgórzu Petrin można snuć opowieści o belce mieszkającej w samolocie pechowo lądującym na Ruzyne, Dolinie Szarki, magicznym dzbanku miodu, duchowych wędrówkach Hrabala, Kundery i Skvoreckiego oraz gaźniku w motocyklu Petra Babićki tudzież kasku Ondreja Smetany. Duzers pozostaje wierny maksymie, aby zanadto nie nakręcać się przed zawodami. A w Pradze na człowieka czyha tyle zacnych pokus, że zanim trafi na ulicę Vojtesky 11, może zanurzyć się w Orloju, muzyce Antonina Dvoraka i żydowskiej dzielnicy Josefov, że o Bożym świecie, tudzież zębatkach i koszu sprzęgłowym pewnikiem zapomni…

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze