Pierwsze starcie w którym Fonfara był liczony jeden z sędziów punktował 10:7 dla mistrza WBC w wadze półciężkiej. Uznał, że przewaga urodzonego na Haiti Kanadyjczyka była miażdżąca. I nie można mieć o to do niego żadnych pretensji.

 

Polski pięściarz nie istniał w ringu, mocne lewe walczącego z odwrotnej pozycji Stevensona raz za razem dochodziły celu.

- Ten pierwszy lewy sierpowy zmienił wszystko. Nie byłem po nim sobą – tłumaczył po walce przerwanej na prośbę Virgila Huntera, Andrzej Fonfara.

 

Hunter przyleciał do Montrealu z Paryża w dniu walki. Dzień wcześniej stał tam w narożniku francuskiego mistrza olimpijskiego kategorii superciężkiej Tony’ego Yoki w jego profesjonalnym debiucie. Nie brakuje głosów, że złoty medalista z Rio de Janeiro (2016), to przyszła gwiazda zawodowych ringów. Ma mu w tym pomóc właśnie Virgil Hunter, najbardziej znany z wieloletniej współpracy z Andre Wardem.

 

Fonfarze niewiele pomógł, choć kto wie, gdyby nie on, być może Polak nie wygrałby w marcu z Chadem Dawsonem i nie byłoby rewanżowego pojedynku ze Stevensonem. „Polski Książe” dzięki tej wygranej raz jeszcze walczył o pas WBC i sporo zarobił.

 

Niestety w Bell Centre tym razem był zupełnie bezradny. Trzy lata temu leżał wprawdzie na deskach w pierwszej i piątej rundzie, ale w dziewiątej trafił „Supermana” prawym prostym i mistrz był liczony. W rewanżu nie miał już nic do powiedzenia. Hunter podjął dobrą decyzję, żeby go szybko poddać. Tym samym zaoszczędził mu sporo zdrowia. Fonfara nie był już w stanie odwrócić losów tej walki, ciężki nokaut wisiał w powietrzu.

 

Ci, którzy liczyli, że  blisko czterdziestoletniego Stevensona dopadnie wiek, zobaczyli mistrza szybkiego i skutecznego. Być może jest „Jednorękim bandytą”, ale jego lewa ręka, to broń najnowszej generacji. A przy tym dzięki szybkości, dla takich jak Polak jest nieuchwytny, a dla tak dziurawych w obronie, piekielnie niebezpieczny.

 

Nie wiem, czy może zagrozić zwycięzcy walki pomiędzy Andre Wardem i Siergiejem Kowaliowem (17 czerwca), ale ktoś taki jak on, szanse ma zawsze. Sportowej wartości takiej konfrontacji dodawałby fakt, że stawką byłyby wszystkie pasy w wadze półciężkiej. Sądzę, że z Wardem raczej sobie nie poradzi (to kwestia stylu), gdyby do takiego pojedynku doszło, ale z Kowaliowem ? W mojej ocenie wszystko byłoby w takiej wojnie możliwe.

 

Wcześniej jednak „Superman” będzie musiał się chyba zmierzyć z Kolumbijczykiem Eleiderem Alvarezem, który w Bell Centre pokonał wyraźnie (choć jeden z sędziów widział remis?) byłego mistrza Jeana Pascala. Alvarez czeka na swoją szansę już dwa lata, zwykła przyzwoitość nakazuje, żeby ją wreszcie dostał.

 

A co w tej sytuacji z Fonfarą?

 

Myślę, że powinien solidnie odpocząć, a później zastanowić się, co dalej. Nie ma jeszcze 30 lat, pesel nie jest jego wrogiem. Ale swoje w ringu już przyjął. Kilku znanych przeciwników pokonał, ale ubiegłoroczna porażka z Joe Smithem Jr i ta ostatnia ze Stevensonem, to sygnały ostrzegawcze.

 

Fonfara miał problemy z limitem wagi półciężkiej, zbijał wiele kilogramów i zdaje się, że czas zmienić kategorię na wyższą. Z pierwszych informacji po walce z Kanadyjczykiem wynika, że tak właśnie będzie. Problem w tym, że junior ciężka jest bardzo mocno obsadzona, a najlepsi, jak to mówią bokserzy: kopią jak konie.

 

A Fonfara ma zbyt duże luki w obronie, by z takimi końmi się kopać Najpierw więc musi zdecydowanie poprawić defensywę, co łatwe nie będzie, a później podjąć właściwe, życiowe decyzje.

 

Po ostatniej przegranej ze Stevensonem powiedział: mam rodzinę, żonę, dziecko i mam dla kogo żyć. Myślę, że warto, by raz jeszcze, to wszystko przemyślał i zastanowił się, co dalej!