Najlepszy trener piłkarskiej ekstraklasy minionego sezonu, wybrany głosami piłkarzy. Nie wiem jak pan podchodzi do tego rodzaju plebiscytów, ale to chyba najlepsza ocena pańskiej pracy w kieleckim klubie w ostatnich siedmiu miesiącach?

Maciej Bartoszek: To na pewno mega wyróżnienie, a jednocześnie ogromne zaskoczenie. Cieszę się bardzo, że jestem w ten sposób odbierany w środowisku. To jest bardzo miłe, nobilitujące i dopingujące do dalszej pracy. Świadczy też o tym, że w tym sezonie w Kielcach dobrze wykonałem swoją pracę.

 

Zwykle w pańskim zawodzie traci się pracę wskutek słabych wyników, ale jak się okazuje nie tylko. Objął pan drużynę, która zajmowała 13. miejsce w tabeli, a skończyła rozgrywki na piątym. Mimo to władze kieleckiego klubu zatrudniły nowego szkoleniowca. Nie czuje pan żalu?

Na początku byłem bardzo zaskoczony, później rozgoryczony, a na końcu na pewno jakiś tam żal był. To jednak pokazuje, jak nie do końca wdzięczna jest praca trenera. Musimy być przygotowani na każdą ewentualność i radzić sobie z tym wszystkim. Cóż, przyjdzie mi teraz w innym miejscu budować wszystko od nowa.

W listopadzie ubiegłego roku przyszedł pan do Korony z Chojniczanki, wówczas lidera pierwszej ligi, podczas gdy kielecka drużyna po serii porażek w ekstraklasie była tuż nad strefą spadkową. Co pana przekonało do przyjęcia propozycji kieleckich działaczy?

Przyznaję, że było bardzo dużo argumentów przeciwko tej decyzji, ale były jak widać i za. Ostatecznie przekonała mnie determinacja, z jaką zarząd i właściciel klubu chcieli mnie pozyskać. Nie ukrywam jednak, że chęć powrotu do ekstraklasy była bardzo kusząca.

Wraz z pana przyjściem zmienił się styl gry drużyny. Pamiętam jak jeden z piłkarzy powiedział po kilku pańskich treningach: „Trener wymaga od nas, abyśmy to my dyktowali warunki gry na boisku, nigdy nie graliśmy tak ofensywnie jak za Bartoszka”.

Właśnie taki styl gry preferuję. To jest moja wizja prowadzenia zespołu. Zresztą prezes Paprocki zatrudniając mnie doskonale o tym wiedział i bardzo mu na tym zależało, aby zespół grał właśnie tak ofensywną piłkę.

Pamiętam jak przed pierwszym meczem z Zagłębiem Lubin powiedział pan, że cel jaki postawił przed zespołem to awans do grupy mistrzowskiej. Zadanie wydawało się wtedy mało realne do zrealizowania, wręcz niemożliwe. Naprawdę pan w to wierzył?

Gdybym w to nie wierzył, to bym tego nie mówił i wtedy podjęcie decyzji o przyjściu do Kielc byłoby dużo trudniejsze.

Bardzo szybko złapał pan kontrakt z zawodnikami drużyny przez wiele osób typowanej jako pewny kandydat do spadku. Jak to się udało?

Myślę, że to już bardziej pytanie do zawodników, a nie do mnie. Podchodziłem do każdego piłkarza indywidualnie. Każdy jest innym człowiekiem, ma inną osobowość i charakter. Starałem się mówić krótko, ale konkretnie. Ustaliliśmy sobie cele, nakreśliliśmy plany i zaczęliśmy je wdrażać w życie.

Dużą uwagę musi pan chyba przywiązywać do atmosfery w drużynie. Bo i pod tym względem widać było niemal od razu poprawę.

Kiedy przyszedłem do Kielc była akurat przerwa w rozgrywkach na mecze reprezentacji. Miałem prawie dwa tygodnie czasu, aby popracować z zespołem i przygotować go do ligowego spotkania. To mi bardzo pomogło i było bardzo istotne.

Przed większość część sezonu do Korony przylgnęła etykieta drużyny własnego boiska. W Kielcach wygrywaliście mecz za meczem, ale z wyjazdów wracaliście na tarczy. Dlaczego dopiero pod koniec rozgrywek przełamaliście tę niemoc, m.in. remisując z Legią w Warszawie i Lechią w Gdańsku?

Od momentu kiedy przyszedłem, zmienił się styl zespołu, organizacji gry, do tego przed każdym spotkaniem dochodziły pewne korekty w ustawieniu. Aby to wszystko zaczęło funkcjonować tak jak powinno, potrzeba czasu. Od czegoś trzeba zacząć. Budowaliśmy wszystko krok po kroku, w przyśpieszonym tempie, bo każdy mecz była dla nas ogromnie ważny.

Który moment podczas pobytu w Kielcach utkwił panu szczególnie w pamięci?

Przychodzą mi na myśl dwa. Pierwszy, kiedy awansowaliśmy do najlepszej ósemki, a drugi to pożegnanie po meczu z Legią. Tego co zgotowali mi wtedy piłkarze i kibice na pewno nigdy nie zapomnę.

Wspomniany mecz z mistrzem Polski oglądał komplet 15 tys. kibiców. Pamięta pan może, ile osób przyszło na kielecki stadion na spotkanie z Zagłębiem Lubin, podczas pańskiego debiutu w roli szkoleniowca kieleckiej drużyny?

Jeśli dobrze kojarzę, to było wtedy niewiele ponad 5 tys. Ale z każdym meczem naszych kibiców było coraz więcej. A pożegnalny mecz z zespołem z Warszawy to już było apogeum. To także pokazuje, czego wraz z piłkarzami dokonaliśmy w tym sezonie.

Gdy zwolniony trener odchodzi z klubu, zwykle podkreśla, że to nieodłączny element tego zawodu. Naprawdę można się do tego przyzwyczaić?

Bardzo przeżywam takie pożegnania. Dodatkowo jest mi tym trudniej, że zawsze bardzo angażuję się w pracę, którą wykonuję i miejsce, w którym jestem, i to angażuję się całkowicie. Gdybym podchodził do tego jak do wypicia kolejnej szklanki wody, pewnie byłoby mi zdecydowanie łatwiej. Problem tylko w tym, że tak nie potrafię. Maksymalnie angażuję się w to co robię, tego wymagam od swojego sztabu i piłkarzy.

Czy to prawda, że zastanawia się pan na czasowym rozbratem z zawodem trenera?

W mój powrót do ekstraklasy włożyłem mnóstwo energii i wysiłku, ale nie zamierzam robić sobie przerwy. Taką już miałem. Jeśli już mówię o rozbracie z piłką, to jest to kwestia kilku tygodni. Ale nie wyobrażam sobie, aby miało to trwać dłużej. Nie mogę oczywiście tego wykluczyć, bo wiem doskonale jakie życie potrafi być przewrotne. Nie wykluczam jakiegoś urlopu, ale chciałbym podjąć pracę od zaraz. To wymaga dużo poświęcenia, energii, nieraz nerwów, ale daje mi ogromną satysfakcję. To jest to, czym po prostu żyję.

 

Jeśli wierzyć medialnym doniesieniom, nie może pan narzekać na brak propozycji?

Na pewno coś się dzieje, prowadzę rozmowy. Mam nadzieję, że w ciągu kilku dni podjęte zostaną ostatecznie decyzje. Negocjacje mają to do siebie, że obie strony muszą się spotkać w połowie drogi. Takie rozmowy nie zawsze są łatwe. Ja już się czegoś nauczyłem i na pewne rzeczy, na które wcześniej się godziłem, teraz się nie zgodzę. To dotyczy nie tylko Korony. Chodzi o pewne kwestie w doborze sztabu trenerskiego, wpływu na budowanie zespołu, czy pewnej autonomii trenerskiej w prowadzeniu drużyny. To są bardzo ważne aspekty, co do których muszę mieć jasność, zanim podejmę pracę w kolejnym zespole.

Zapewne nie zdradzi pan nazwy drużyny, z którą prowadzone są rozmowy. Ale może uchyli pan chociaż rąbka tajemnicy, czy chodzi o klub polski czy zagraniczny?

Chciałbym pracować w Polsce.

Wynika z tego, że w przyszłym sezonie znów zobaczymy pana na kieleckim stadionie, tylko w innej roli.

Żebym tylko się nie rozpędził i nie pomylił szatni...