Lata całe miałem koszulkę, którą mi wtedy podarował. W Schwerinie został uznany najlepszym zawodnikiem turnieju. Zdobył złoty medal w kategorii średniej (75 kg) wygrywając w finale z Włochem Noe Crucianim, a wcześniej, w eliminacjach z Polakiem Bogdanem Wieczorkiem. W półfinale stoczył znakomity, zwycięski pojedynek z faworytem tej kategorii, reprezentantem ZSRR, Asyłbekiem Kilimowem.

 

Warto jeszcze dodać, że jego finałowy pojedynek z Crucianim prowadził w ringu nasz sędzia, nieżyjący już Zdzisław Bańkowski. Był jedynym Polakiem w finale, jak napisałem w relacji z tych mistrzostw. Wywalczyliśmy tam dwa brązowe medale, w wadze piórkowej zdobył go najmłodszy z braci Kosedowskich, Dariusz, a w lekkiej Henryk Rychłowski.

 

Christie imponował mi od pierwszego spotkania. Przed walkami zakładał słuchawki na uszy, kładł się na ławeczce, niedaleko ringu i drzemał. Ja byłem młodym dziennikarzem, on jeszcze młodszym pięściarzem, który wygrywał turniej po turnieju. To był jego czas, nie było na niego siły.

 

Pamiętał, że był bardzo miły, chętnie rozmawiał, ale gdy już wchodził do ringu walczył twardo, od pierwszego do ostatniego gongu. To były znakomicie obsadzone mistrzostwa, nagroda MVP dla Errola Christie, była więc szczególnie cenna. W wadze 71 kg, już w eliminacjach zmierzyli się późniejsi zawodowi mistrzowie świata, Christophe Tiozzo i Graziano Rocchigiani. Wygrał Francuz, ale złotego medalu nie zdobył, odpadł w ćwierćfinale po zaciętej, wyrównanej walce z pięściarzem Związku Radzieckiego, Bułatem Szararowem.

 

Starszy z braci Rocchigiani, Ralf, dotarł do półfinału, gdzie przegrał z jednym z najlepszych uczestników mistrzostw w Schwerinie, kolejnym reprezentantem ZSRR, Jurijem Waulinem. Ralf, podobnie jak Graziano został później zawodowym czempionem.

 

Ale najlepiej z nich wszystkich prezentował się Errol Christie. Sądziłem, że będzie wielkim mistrzem, takie też nadzieje wiązano z nim w Anglii. Ale los chciał inaczej. Wygrał pierwsze 13 zawodowych walk, w tym 12 przed czasem. W kolejnej, został nieoczekiwanie znokautowany przez belgijskiego mańkuta, Jose Seysa.

 

Wrócił szybko, po sześciu tygodniach i znów to on nokautował. W listopadzie 1985 roku, na Wembley Arena zmierzył się z niewiele starszym Markiem Kaylorem. To była wojna, którą znani brytyjscy dziennikarze wspominają po dziś dzień.

 

Urodziliśmy się zbyt wcześnie, powinniśmy zgarnąć wtedy po milionie – dwadzieścia lat później Christie (32-8-1, 26 KO) mówił w londyńskim studiu telewizyjnym rozmawiając z Kaylorem, swoim byłym wrogiem, siedzącym wówczas nowym domu, w Kalifornii. Ich pełna przyjaźni i szacunku rozmowa wyciskała łzy gościom w studiu i telewizyjnym widzom.

 

Errol Christie skończył  karierę w 1993 roku, miał zaledwie 30 lat. Zdrowie nie pozwoliło na więcej. Ale był częstym gościem w telewizji, wystąpił w filmie, napisał książkę, która biła rekordy powodzenia, o rasizmie, nie tylko w boksie, ale też szerzej o problemie, który na Wyspach Brytyjskich odczuł na własnej skórze.

 

Wciąż o coś walczył, uczył też młodych ludzi szlachetnej szermierki na pięści, zaangażował się w boks tzw. „Białych kołnierzyków”. Był znakomitym trenerem i mentorem. Kiedy w marcu 2015 roku udał się na badania do szpitala, przypadkowo pobity przez policję, która pomyliła go z kimś innym, okazało się, że ma raka płuc.

 

Walczył prawie dwa lata. Zmarł w niedzielę w nocy. Miał 54 lata. Po mistrzostwach w Schwerinie nigdy więcej go nie spotkałem. Pytałem o niego znajomych dziennikarzy, opowiadali mi, że był wspaniałym człowiekiem, który po zakończeniu kariery imał się różnych rzeczy.
Tej koszulki, którą mi podarował przed laty już nie mam, ale wciąż pamiętam tamte chwile, gdy wygrywał i ze mną rozmawiał.