Karnowski przed draftem NBA: Wierzę, że dostanę angaż

Koszykówka
Karnowski przed draftem NBA: Wierzę, że dostanę angaż
KB, Cyfrasport

W czwartek w Nowym Jorku odbędzie się Draft NBA. Jedynym polskim koszykarzem zgłoszonym do tegorocznego naboru jest reprezentant kraju i były gracz Gonzaga Bulldogs Przemysław Karnowski. Torunianin ma nadzieję, że dostanie angaż.

PAP: Ostatni raz widzieliśmy pana na parkiecie podczas finałowego meczu Final Four w Arizonie, przegranym przez Gonzagę. Co robił pan przez ostatnie trzy miesiące?

Przemek Karnowski: Przede wszystkim wziąłem sobie dwa tygodnie wolnego od koszykówki. Wiedziałem, że czeka mnie pracowity okres, sezon też był długi, więc na początku po prostu był totalny luz. Potem przeniosłem się do Los Angeles, gdzie przez dwa miesiące przygotowywałem się do pokazowych treningów, które organizował dla mnie mój agent. Co nastąpiło później to kolejne dwa tygodnie latania po całej Ameryce i pokazywania moich umiejętności przed trenerami i sztabami siedmiu drużyn NBA: w Charlotte, Denver, Atlancie, Waszyngtonie, Orlando, Dallas i Sacramento. To był ciężki okres, ale wspaniały pod kątem nabytych doświadczeń. Teraz jestem ponownie w Spokane, gdzie będę czekać na - oby dobre - wiadomości z czwartkowego draftu.

Które spośród wymienionych miejsc wywarło na panu najlepsze wrażenie?

Powiem inaczej, czyli gdzie moim zdaniem poszło mi najlepiej. Wiem, że miałem dobre treningi w Denver, Atlancie, Orlando i Charlotte. Dałem tam skautom dobry materiał do analizy i - co najważniejsze - sam z siebie byłem zadowolony. Poza tym w każdym z tych klubów naprawdę mi się podobało. Wszystko było profesjonalnie zorganizowane: od odbioru na lotnisku, po szatnię czy spotkania medialne. Byłoby świetnie gdybym trafił do któregokolwiek z tych miejsc.

Ale inaczej być nie mogło, skoro spotkania i treningi organizował panu agent Greg Lawrence z Wasserman Media Group. Jak to się stało, że trafił pan do tej stajni?

Greg pracuje już z kilkoma byłymi graczami Gonzagi, m.in. z Kellym Olynykiem z Boston Celtics i Domasem Sabonisem z Oklahoma City Thunder. Po naszym udanym, zakończonym wicemistrzostwem NCAA sezonie przyjechał do nas i przedstawił ofertę, na którą zarówno ja jak i Nigel Williams-Goss przystaliśmy bez zawahania. To doświadczony fachowiec, który ma pod swoimi skrzydłami także takich zawodników jak Klay Thompson z Golden State Warriors i J.J. Redick. Wiem, że jestem w dobrych rękach.

Inny zawodnik Gonzagi Zach Collins, który był pana zmiennikiem w drużynie, też zgłosił się do draftu i na chwilę obecną jego akcje - według fachowców - stoją wyżej niż pańskie. Znalazł się on bowiem w grupie 20 koszykarzy, którzy otrzymali zaproszenie do Nowego Jorku, gdzie odbędzie się tegoroczny draft. Nie zastanawia to pana, dlaczego rezerwowego Collinsa ceni się lepiej od Karnowskiego, który miał nie tylko świetny sezon, ale i cały okres gry w Buldogach?

Nie, nie jestem osobą, która doszukuje się drugiego dna. Opinie i spekulacje zostawmy dziennikarzom. Fakt jest taki, że przyjaźnimy się z Zachem. W Gonzadze byłem jego mentorem i przewodnikiem, a dziś kibicujemy sobie nawzajem. W przeciągu ostatnich dwóch tygodni często byliśmy w kontakcie i dzieliliśmy się uwagami i spostrzeżeniami na temat odbytych treningów, bo on też odwiedził kilka miast i klubów. Dlatego autentycznie ucieszę się, jeśli wybiorą go - tak jak zapowiadają prognozy - w pierwszej rundzie, a on z pewnością pogratuluje mi kiedy w drafcie usłyszy moje nazwisko.

A co jeśli ta chwila nie nadejdzie? Pańskie akcje na dzień dzisiejszy oscylują wokół 60. miejsca, czyli drugiej rundy draftu. Będzie pan rozczarowany?

Nie, bo przecież jeśli nie będzie mi dane trafić do NBA za pośrednictwem draftu zostanie mi jeszcze liga letnia. Mój agent i ja przyjęliśmy strategię, że nie gdybamy i nie planujemy na zapas. Twardo stąpam po ziemi i wiem co się dzieje wokół mojej osoby. W jednej z gazet napisano ostatnio, że urodziłem się 25 lat za późno. To poniekąd prawda, bo ćwierć wieku temu zawodnicy mojej postury mieli wzięcie i robili wspaniałe kariery. Teraz gra w NBA opiera się na nieco innych schematach niż korzystanie z wysokich środkowych, ale moim atutem jest to, że przychodzę gotowy do gry. Wierzę, że dzięki temu, doświadczeniu zdobytemu w Gonzadze oraz pracy, którą wykonałem przez ostatnie kilka miesięcy, znajdzie się dla mnie miejsce w NBA.

Na pewno z takiego obrotu sprawy ucieszy się Marcin Gortat, z którym przyjaźni się pan od dłuższego czasu. Jak wyglądał wasz kontakt podczas ostatnich kilku miesięcy?

Marcin to mój przyjaciel i mentor. W jednym z wywiadów podczas treningu w Waszyngtonie użyłem sformułowania "starszy brat, którego nigdy nie miałem" i to jest bliskie prawdy. Ze względu na dobrą grę Wizards w fazie play off początkowo kontakt był ograniczony do krótkich, uprzejmych wiadomości, ale potem starał się mi przekazać cenne wskazówki i dodać otuchy. Jak zawsze jestem wdzięczny za jego wsparcie i wiem, że zawsze mogę na niego liczyć.

Zakładając, że wszystko pójdzie dobrze i w nocy z czwartku na piątek nasz kolejny rodak trafi do NBA: kto pierwszy zadzwoni z gratulacjami?

Z pewnością moi rodzice! Niestety nie ma ich tutaj ze mną, będą więc śledzić rozwój wydarzeń z perspektywy fotela w Toruniu. Wspierali mnie podczas gry w Gonzadze i wiem, że mocno trzymają za mnie kciuki i teraz. Podobnie zresztą tak jak i kibice koszykówki w Polsce. Dziękuję im wszystkim za wsparcie, mam nadzieję, że będzie dane mi się odwdzięczyć grą w najlepszej lidze na świecie.

Rozmawiał w Nowym Jorku Tomasz Moczerniuk.

KB, PAP

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze