- Trzymaj! Dajesz! Brawo! Te okrzyki, co chwilę było słychać przy kameralnych bocznych kortach Legii, gdy walczyła 29-letnia Marta Leśniak. Jej rywalką była mająca 17 lat Kataryna Zawadzka z Ukrainy, rozstawiona w warszawskim turnieju z nr 7. Historia udziału Marty w warszawskim turnieju jest niezwykła. Po prawie 10-letniej przerwie tenisistka z Wrocławia powróciła do zawodowego tenisa. Najpierw wygrała turniej ITF w Egipcie, pokonując dziesięć przeciwniczek z rzędu.

W światowym rankingu siedemnastolatka notowana jest aktualnie na miejscu 275. miejscu i może być przyszłością damskiego tenisa. Na przestrzeni trzygodzinnego meczu z Martą Leśniak zagrała bez kompleksów, w zasadzie ciągle atakując, wygrała 4:6, 6:1, 7:6(4). W kluczowym momencie dopisało jej jeszcze szczęście. Przy 4:4 w tie-breaku decydującego seta i serwisie naszej tenisistki piłka po zagraniu Ukrainki po zetknięciu z siatką spadła tuż za nią, a Marta Leśniak nie miała już szans dobiec… W nogach miała też dwa trudne mecze w eliminacjach. Jednak jak powiedziała zaraz po meczu, sił jej nie brakowało.

- Sama nie wiem czego zabrakło, aby wygrać. Na pewno szczęścia trochę. Sił? Nie, bo jak dochodzi do sytuacji, że jest 5:5, 6:6 to gra się adrenaliną, a nie siłami fizycznymi. Zrobiłam kilka głupich błędów, a Ukrainka wywierała dużą presję, miała pomysł na każde uderzenie, to nie było tylko przebijanie piłek. Ostatnio miałam problemy z plecami, więc ogólnie mimo, że przegrałam, to jestem zadowolona z swojej dyspozycji.