28 czerwca 1997 roku mógł być dla Mike'a Tysona dniem powrotu na szczyt wagi ciężkiej, a okazał się początkiem końca "Bestii" na zawodowych ringach. Po pamiętnym, choć krótkim pojedynku z Holyfieldem, została mu bowiem odebrana licencja bokserska, którą przywrócono mu ponad rok później. Co prawda w 1999 roku Tyson wrócił jeszcze, by wygrać kilka walk, ale nigdy nie wspiął się już na wyżyny swoich umiejętności. W 2002 roku przegrał bój z Lennoxem Lewisem o mistrzostwo świata, a karierę zakończył porażką z Kevinem McBridem. Wróćmy jednak do 1997 roku...

Drugie starcie z Holyfieldem miało być rewanżem za walkę z 9 listopada 1996 roku, w której "The Real Deal" pokonał Tysona przez TKO w 11. rundzie. "Bestia" zapowiadał odzyskanie tytułu utraconego na rzecz swojego rodaka, ale zamiast świetnej walki w ringu w Las Vegas byliśmy świadkami skandalu.

W trzeciej rundzie pojedynku, w momencie gdy zawodnicy znajdowali się w klinczu, Tyson niespodziewanie ugryzł rywala w ucho, a sędzia zwrócił na to uwagę widząc nietypową reakcję Holyfielda i odjął "Iron Mike'owi" dwa punkty. Holyfield zalał się krwią, ale po chwili wznowiono walkę. Tyson ugryzł jednak rywala raz jeszcze, a sędzia po gongu przerwał skandaliczne widowisko. Odgryziony kawałek ucha miał zostać znaleziony na macie ringu, ale w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął podczas jazdy do szpitala...

 

- Byłem zszokowany, bo oglądałem tę walkę z wypiekami na twarzy i jak potem zobaczyłem to w powtórkach, to nie mogłem w to uwierzyć - wspomina Mateusz Borek. - Natomiast kto znał Tysona i chociaż raz przeszedł obok niego, to zdawał sobie sprawę, że to jest ktoś genialny w ringu, ale z drugiej strony nieprzewidywalny, mroczny. W sytuacjach ekstremalnego zagrożenia czy takich, w których coś nie szło po jego myśli, to stać go było na zachowania niewytłumaczalne - mówi właściciel MB Promotions.