Pojedynek przy 50 tysięcznej publiczności zaskoczył chyba wszystkich. Nieznany dotychczas Horn bez żadnych kompleksów zaczął przeć na dużo bardziej doświadczonego rywala. To nieco zaskoczyło "Pacmana", który miał wyraźne problemy w defensywie.

Dopiero w piątej odsłonie walki Filipińczyk się przebudził i mocniej zaatakował młodszego przeciwnika. Horn był jednak świetnie przygotowany. W szóstej rundzie po przypadkowym zderzeniu głowami, na twarzy Pacquiao pojawiła się krew i potrzebna była interwencja lekarza. Po chwili walka została wznowiona, a Australijczyk zaakcentował swoją przewagę mocnym prawym.

W dziewiątej rundzie wrócił stary, dobry "Pacman", który kilkoma ciekawymi akcjami w ofensywie zachwiał Hornem. Filipińczyk wyraźnie szukał nokautu, co nie dziwi, gdyż na punkty przegrywał. Zapewne 50 tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie w Brisbane przecierało oczy ze zdumienia, gdy ich pięściarz wrócił do gry.

 

Wydawało się, że nie będzie w stanie kontynuować pojedynku, a on znowu zaczął wywierać presję na starszym rywalu. Dwunaste, ostatnie starcie to już ringowa wojna. Cios za cios do ostatniej sekundy. Sędziowie byli zgodni i jednogłośnie na punkty (117-111, 115-113 i 115-113) zwyciężył Horn. Mało znany bokser odebrał pas mistrza świata organizacji WBO w wadze półśredniej i na dodatek pokazał 38-latkowi, że jego czas już minął.