Dwadzieścia lat po tym, jak pan, Świderski, Murek, Gruszka i inni zdobyliście złoty medal mistrzostw świata U21, nasi juniorzy znów zgarnęli najcenniejszy krążek. Komu było łatwiej?

Paweł Papek: Kiedy kadra Ireneusza Mazura, m.in. z moją skromną osobą zdobywała tytuł mistrza świata U-21, chłopcy którzy wygrali ten sam tytuł w minioną niedzielę dopiero przychodzili na świat. Ciężko porównać przede wszystkim czasy, w których my dorastaliśmy, do tego co ma obecna młodzież.

Wielu zawodników z mojego pokolenia, potem tworzyło czołówkę reprezentacji seniorów, zdobywając wicemistrzostwo świata w 2006 roku, mistrzostwo Europy w 2009 i mistrzostwo globu w 2014. Komu było łatwiej? Na pewno my nie mieliśmy takich możliwości korzystania z doświadczenia starszych graczy, jakie są teraz. Po pierwsze, siatkówki praktycznie w ogóle nie było w telewizji, nie było też Internetu. Kompletnie nie mieliśmy czego oglądać, ani na kim się wzorować. Tak naprawdę, uczyliśmy się sami od siebie. Nie chcę umniejszać osiągnięć starszych kolegów, ale nie było ich widać na arenie międzynarodowej. Grało się w małych halach, a na mecze przychodziło po 600 osób. Największymi obiektami były wtedy częstochowska „Polonia” i olsztyńska „Urania”, które dziś przechodzą już do historii. Siatkówka była w wielkim dole - brak sukcesów reprezentacji we wszystkich grupach wiekowych, odległe miejsca w rankingach.

Mieliście dostęp do meczów Ligi Światowej, która wystartowała w 1990 roku?

 

Polacy zaczęli występować w LŚ dopiero od 1998 r, więc wcześniej oglądaliśmy mecze za pośrednictwem niemieckiej telewizji, bo Niemcy brali w niej udział. Pamiętam ojca Georga Grozera z pojedynków choćby przeciwko Brazylijczykom. Oczywiście, były też słynne kwalifikacje do igrzysk olimpijskich w Barcelonie, w 1992 roku i ten dodatkowy mecz z Holandią, bo przepisy były wtedy inne. To był taki klasyk do oglądania, w którym grali m.in. Szyszko, Sordyl, Urbanowicz i K. Stelmach. W Polsce siatkówka dopiero wstawała z kolan i kilka ładnych lat minęło, zanim dotarliśmy do miejsca, w którym jesteśmy teraz - począwszy od naszego sukcesu, poprzez złoto juniorów Grzegorza Rysia, w 2003 roku. Połączone siły jednej i drugiej kadry stworzyły reprezentację seniorów i powoli zaczynaliśmy piąć się w górę.

Złoci juniorzy 2017 mieli większy komfort pracy, ale też chyba ciążyła na nich większa presja?

 

To prawda. Przede wszystkim, mieli większy dostęp do mediów, do tego co działo się wokół nich i na pewno to odczuwali. Ale z tego, co wiedzieliśmy choćby w Brnie, potrafili sobie z tym doskonale radzić. To są zawodnicy, którzy wiedzą jak grać w siatkówkę, zresztą większość z nich pokazała się już z bardzo dobrej strony w PlusLidze. Pokazali, że w seniorskiej siatkówce także będą odgrywali znaczące role. Póki co, za dwa lata czekają ich jeszcze mistrzostwa świata U23, ale myślę, że już tego lata kilku z nich zobaczymy na boiskach w Egipcie, podczas tegorocznych MŚ U23.

Aż dziewięciu podopiecznych trenera Pawlika w nowym sezonie zagra w PlusLidze. Jak było po waszym mistrzowskim czempionacie?

 

Wtedy w ekstraklasie było tylko osiem drużyn, potem dziesięć. Konkurencja była ogromna, ale zupełnie inna niż teraz. Starsi zawodnicy to byli ligowi wyjadacze, choć mniej ograni na parkietach międzynarodowych. Ja akurat miałem stosunkowo łatwe wejście do najwyższej klasy rozgrywkowej, podobnie chyba inni - Dawid Murek, Krzysiek Ignaczak czy Piotrek Gruszka. Tyle, że jedni potrzebowali kilku kolejek ligowych by stać się czołowym zawodnikiem swojej drużyny, a inni pół sezonu. Miałem szczęście, wspólnie z Marcinem Prusem i Michałem Chadałą, trafić do wtedy Mostostalu Azoty, który był na fali wznoszącej i współtworzyć drużynę, która przez następnych kilka lat trochę w Polsce wygrała. Dziś w PlusLidze jest szesnaście ekip i wydawałoby się, że młodym siatkarzom łatwiej jest się przebić. Ale jednak poziom też jest wyższy i wymagania rosną. Kiedyś byliśmy „nastą” ligą na świecie, teraz jesteśmy jedną z pięciu najlepszych. Dlatego kluby stawiają na obcokrajowców, których na rynku jest sporo. Poza tym, w kraju także jest z kogo wybierać, a starsi koledzy łatwo miejsca nie oddadzą. Doskonale pokazał to miniony sezon ligowy.

Zawodnicy z pana grupy wiekowej zrobili wielkie kariery - Świderski, Gruszka, Zagumny. Jak, pana zdaniem, potoczą się losy świeżo upieczonych mistrzów świata?

 

Szkoda, że nie wszystkim pozwoliło na to zdrowie, jak choćby Marcinowi Prusowi, który musiał przedwcześnie pożegnać się z profesjonalnym sportem. Ja także, w latach 2004-05 borykałem się problemami i to przerwało moją karierę reprezentacyjną. Naturalną rzeczą jest, że nie wszyscy osiągną sukces na miarę Gruszki czy Zagumnego, choć oczywiście życzę tego całej czternastce (trzeba pokreślić, że ze względu na regulamin do Brna pojechało dwunastu, ale w Polsce trenowali jeszcze inni), z różnych względów - zdrowotnych czy poprzez dokonane wybory życiowe. Ale jeśli trzech, czterech zadomowi się na stałe w seniorskiej kadrze, uznam to za sukces tej grupy.

Kto ma największą szansę, by zrobić karierę na miarę Zagumnego czy Gruszki?

 

Jakub Kochanowski, Tomek Fornal i Bartek Kwolek już teraz dostali powołanie. Ale jest też Mateusz Masłowski, Jakub Ziobrowski, Norbert Huber. Ten ostatni może być przyszłością polskiego środka. Nie chciałbym nikogo wyróżniać, ani też nikogo pominąć, bo jest kilku ciekawych chłopaków, z „papierami” na wielkie granie. Natomiast to jak potoczą się ich kariery w przyszłości, jak już wspomniałem, przede wszystkim zależy od życiowych wyborów - klubowych i menadżerskich. Życzę im, żeby nie dali się wciągnąć w sytuacje, z których ciężko jest się wyplątać. Najlepszym przykładem jest Olek Śliwka, który mówiąc delikatnie, stracił trochę czasu. Jeśli będą mądrze kierować swoimi karierami, a w poprzednich rocznikach nie zawsze tak było, mogą sporo osiągnąć. Rok-dwa lata starsi koledzy uznali, że świat należy do nich, a życie i przede wszystkim liga, szybko zweryfikowały ich zapędy.

Polecam tym chłopakom szukanie swojej szansy w słabszych drużynach, nie od razu w Resovii, Skrze czy ZAKSIE, niech tam pograją sezon, dwa. Obserwowałem na co dzień jak pod okiem Gardiniego w Indykpolu AZS Olsztyn rozwijał się Kuba Kochanowski, jak doskonale Włoch wprowadzał go do plusligowej rywalizacji, w jaki sposób uczył go gry, a przede wszystkim nawyków i zachowań. Tym bardziej, że PlusLiga zmieniła regulamin i po sezonie dwa najsłabsze zespoły opuszczą jej szeregi. To sprawi, że będzie gorąco, że będzie o co się bić i przypuszczam, że gdzieś około piątej, szóstej kolejki niektóre drużyny zaczną już krwawić. Żarty się skończyły, będzie ostra rywalizacja nie tylko w czubie tabeli, ale i na dole.

W Olsztynie jest też Daniel Pliński, który już przed poprzednim sezonem był zachwycony Kochanowskim.

 

Od Daniela też sporo może się nauczyć. On, jako wychowawca, człowiek, który zęby zjadł w tym sporcie może przekazać mu wiele cennych rad. Myślę, że za dwa, trzy lata Kochanowski spokojnie będzie mieścił się w „czternastce” polskiej kadry, a co więcej, może być ważnym elementem tej seniorskiej układanki.

Nie zabraknie mu wzrostu?

 

Kiedy Łukasz Wiśniewski wchodził na salony, wszyscy też mówili, że jest za niski, że nie sprawdzi się w wielkim graniu. A wiemy jakim doskonałym jest środkowym, z nieprzeciętną techniką użytkową, bardzo dobrą skutecznością w ataku i świetną zagrywką. Te same przymioty ma Kochanowski. Może nie zawsze do wszystkiego doskoczą, ale nadrabiają tymi elementami, o których wspomniałem. Ostateczne wybory należą do trenerów, ale jest z czego wybierać i myślę, że przez najbliższych dziesięć lat o środek siatki nie będziemy musieli się martwić. Chciałbym mieć takie problemy jak ma dziś De Giorgi - czy wybrać Lemańskiego, czy Kochanowskiego. Szkoda tylko Marcina Możdżonka i Andrzeja Wrony, że muszą już oddać pole młodszym. Cóż, takie jest to siatkarskie życie.