- Wiemy, że oczekiwania wobec sztafety są bardzo duże. Staramy się temu podołać. Rywalki z nami też się liczą. Wiedzą, że nawet jak nie mamy nazwisk na światowym poziomie, nie mamy super petard, które biegają po 49 czy 50 sekund, to i tak potrafimy dużo oddać na bieżni i dzięki temu wygrywać. Wiele reprezentacji się nas obawia. Wiedzą, że nie jest z nami łatwo i na pewno będą na nas zerkać - przyznała.

Polska sztafeta 4x400 m ma obecnie drugi wynik na świecie. O medal będzie jednak bardzo ciężko.

- Różnica między światem a Europą jest spora. Czasami mam wrażenie, że USA czy Jamajka to nawet inna galaktyka. Amerykanka Natasha Hastings opowiadała, że jak biegają na mityngach, nawet takich jak Diamentowa Liga, to dla nich zabawa. Dla amerykańskich lekkoatletów największym stresem są finały mistrzostw kraju. Najbardziej się tego obawiają i to jest dla nich najtrudniejsze zadanie, bo tam się eliminują. A prawda jest taka, że finał mistrzostw USA to jest finał mistrzostw świata - oceniła Baumgart.

Dzięki dobremu występowi w krajowym czempionacie zawodniczka BKS Bydgoszcz zapewniła sobie udział w biegu indywidualnym w Londynie. Jej rekord życiowy wynosi 51,71.

- To wyróżnienie, duży stres i przetarcie przed sztafetą. Dzięki temu dowiaduję się jak wygląda stadion, call-roomy, z czym to się je, gdzie się po kolei przechodzi. To daje mi też pewność i wiedzę, jak potem się zachować w biegu rozstawnym, który jest dla nas najważniejszy, bo indywidualnie nie jesteśmy w stanie tyle zdziałać - przyznała.

Mimo wszystko sama liczy chociażby na rekord życiowy. Tym bardziej, że czuje rosnącą dyspozycję i liczy na to, że forma przyjdzie właśnie w Londynie.

- Tam jest świetna bieżnia, fajny stadion i znakomici kibice. To też uskrzydli - uważa.

Baumgart wierzy, że w niedalekiej przyszłości któraś z Polek złamie granicę 51 s na 400 m.

- Moim zdaniem nawet kilka dziewczyn w Polsce jest w stanie tak pobiec. To osiągalny wynik. Ale to bardzo ciężka praca i nie jest to łatwe zadanie. Z kolei uzyskać czas poniżej 50 s to nie wiem... Nie mówiąc już o rekordzie świata! To już bardziej mężczyźni biegali, a nie kobiety - powiedziała.

Polski związek do biegu indywidualnego w Londynie zgłosił cztery zawodniczki - Baumgart, Martynę Dąbrowską (Bojary Białystok), Małgorzatę Hołub (KL Bałtyk Koszalin) i Justynę Święty (AZS AWF Katowice). Ostatnia z nich miała ostatnio kontuzję stawu skokowego i na razie nie wiadomo, czy zdoła się w pełni wykurować. Rezerwowymi w sztafecie są Aleksandra Gaworska (AZS AWF Kraków) i Patrycja Wyciszkiewicz (OŚ AZS Poznań).

- Jesteśmy bardzo zgraną drużyną. Nie każde się przyjaźnią, ale szanujemy się nawzajem, dogadujemy się i przed biegami nie ma zgrzytów. Nawet przed rywalizacją indywidualną, kiedy każda walczy o swoje, nie ma zawiści. Najwyżej nie rozmawiamy, każda patrzy w swoją stronę, ale po biegu znowu jesteśmy przyjaciółkami - zapewniła Baumgart.

Jej trenerką jest... mama. Relacja nie zawsze jest łatwa, ale obie nauczyły się siebie i teraz współpraca układa się bez żadnych zakłóceń.

- Zaufałam mamie w stu procentach. Już teraz nie dochodzi do spięć, ale kiedyś bywało różnie. Mama bardzo dobrze mnie czuje, to jest chyba przepis na sukces. Trener, który mnie urodził, zna mnie bardzo dobrze, wie kiedy mi odpuścić, kiedy przycisnąć, kiedy sobie po prostu marudzę, a kiedy faktycznie jest dla mnie za dużo treningu - uważa.

Jej narzeczony - Andrzej Witan - jest piłkarzem. Obecnie gra w Bytovii Bytów. Odległość sprawia, że nie zawsze mogą być razem.

- Jeżdżę na dwa domy, ale mama bardzo naciska, żebym była w Bydgoszczy, dlatego poza obozami jestem czasami u rodziców w domu. Jest to dosyć trudne. Fajnie na dwa, trzy dni, ale na dłużej to jest już uciążliwe. Wiem jednak, że muszę być pod okiem mamy, bo to jest mój trener i jestem do tego zmuszona, póki jeszcze planuję biegać na wysokim poziomie - powiedziała.