- Jestem szczęśliwy, bo to był wspaniały konkurs w moim wykonaniu. We Władysławowie oddałem sześć rzutów ponad 21 metrów, a w czterech z nich kula poleciała ponad 21,5 metra, w tym dwa razy wylądowała na 21,88. To była bomba - stwierdził.

 

Tym samym Haratyk poprawił swój rekord życiowy o 35 cm. W ostatnią niedzielę w Białymstoku został mistrzem Polski wynikiem 21,53.

 

- W sumie w tym roku poprawiłem się już o 53 cm, bo w zeszłym roku na hali posłałem kulę na odległość 21,35. Muszę jednak przyznać, że we Władysławowie nie czułem, że jestem w stanie ustanowić życiowy rekord. Chciałem pchnąć sześć razy poza granicę 21 metrów, a swoje możliwości oceniałem maksymalnie na 21,5 m. Tymczasem dwa razy zbliżyłem się do 22 m. Poza tym żaden z najlepszych rzutów nie był perfekcyjny. Z drugiej strony do każdej próby można się przyczepić, bo zawsze jakiś błąd się wychwyci. Nie ma idealnych rzutów, są tylko bardziej lub mnie trafione - zauważył.

 

W mistrzostwach świata eliminacje pchnięcia kulą mężczyzn zaplanowano w sobotę o godzinie 11. Przed wyjazdem do Londynu kulomiot AZS AWF Kraków trenować będzie w Spale, ale ma dylemat, jak przygotowywać się do najważniejszego w sezonie startu.

 

- Przed docelową imprezę zmniejsza się obciążenia, aby złapać dynamikę. Tak też uczyniłem przed mistrzostwami Polski, ale w tym tygodniu wjechałem na siłownię, zrobiłem dwa mocne treningi i we Władysławowie kula poleciała dalej niż kiedy zszedłem z ciężarów. Musimy teraz ustalić z trenerem, jaki przyjąć wariant przygotowań. Jestem jednak typem zawodnika, który robiąc siłę nie traci na szybkości - podkreślił.

 

25-letni mistrz Polski nie wie jednak dokładnie, na co go w tym letnim sezonie stać. W tym roku nie miał za wiele okazji do zweryfikowania swojej formy, bo ze względu na liczne choroby i kontuzje prawie w ogóle nie startował.

 

- Ten sezon jest dla mnie nieprawdopodobnie pechowy. Uraz goni chorobę, a zaczęło się w grudniu od naderwania mięśnia czworogłowego uda. Przed dwa tygodnie nie mogłem chodzić, przez miesiąc nie trenowałem i niepotrzebnie pojechałem na początku marca na halowe mistrzostwa Europy. W Belgradzie przepadłem w eliminacjach - przypomniał.

 

To nie koniec jego perypetii zdrowotnych. Pod koniec marca na zgrupowanie na Lanzarote Haratyk pojechał z ostrą anginą oraz z zapaleniem migdałków, natomiast na początku maja, kiedy rozpoczął się obóz w Spale, przyplątała mu się ospa.

 

- Kiedy uporałem się z tą zakaźną chorobą mogłem wreszcie normalnie trenować. Muszę przyznać, że przez niespełna trzy miesiące wykonałem niesamowitą robotę. Prawie w ogóle nie startowałem, ale miałem świadomość, że muszę nadrobić stracony czas. Na zajęciach regularnie robiłem serie pełnych przysiadów ze sztangą ważąca ćwierć tony i mam teraz niesamowicie silne oraz szybkie nogi - zapewnił.

 

W ostatnim okresie krakowskiemu kulomiotowi dał się jednak we znaki nadgarstek.


-Doskwiera mi on od dłuższego czasu, ale akurat w dniu festiwalu przestał mnie boleć. Lekarz powiedział mi, że musiałem naderwać jakieś ścięgno odpowiedzialne za zginanie dłoni, jednak szczegółowych badań już nie zrobiłem, bo nie chciałem się stresować - wyjaśnił.

 

Przed wyjazdem do Londynu reprezentant Polski, który legitymuje się siódmym obecnie wynikiem na świecie, nie chce składać medalowych deklaracji.

 

- Najpierw chcę wejść do liczącego 12 zawodników finału, a później zobaczymy. To mój podstawowy plan, bo za często do tej pory nie potrafiłem przebrnąć przez eliminacje - podsumował Haratyk.