Cała sprawa dotyczy głównie walki Woodleya z Demianem Maią (25-7, 3 KO, 12 SUB) na ostatniej gali UFC 214, którą panujący mistrz wygrał wysoko na punkty. Nie chodzi jednak o wynik, tylko o styl, a ten był bardzo przeciętny. Starcie było toczone w wolnym tempie, a pretendent poza obaleniami nie miał nic więcej do zaoferowania. Wystarczy tylko powiedzieć, że "The Chosen One" bez większych problemów wybronił ponad 20 takich prób!

Obaj ustanowili także niechlubny rekord, jeśli chodzi o wyprowadzone ciosy w walce mistrzowskiej. Łącznie było ich... 68 (45:23 na korzyść mistrza). Nic dziwnego, że kibice nie wytrzymali i bardzo często gwizdali na poczynania zawodników, zwłaszcza iż Woodley nie cieszy się wielką sympatią wśród fanów MMA.

Sam mistrz był zadowolony ze swojego występu, dodając, że od pierwszej rundy miał kłopoty z barkiem, przez co nie mógł wyprowadzać ciosów. Inne spojrzenie na całą sprawą ma prezydent UFC Dana White, który jeszcze kilka dni przed galą mówił, że zwycięzca tego starcia zmierzy się w kolejnej walce z wracającym ze sportowej emerytury Georgesem St-Pierre'em. Teraz jednak zmienił zdanie, bo skoro Woodley nie chciał podjąć ryzyka, to według niego nie zasługuje na takie starcie.

To bardzo nie spodobało się mistrzowi wagi półśredniej. - Nie bardzo przejmuję się fanami, ale jeśli nazywasz się "promotorem", to promuj swojego mistrza! Musiałem ograniczyć swoje uderzenia do ciosów prostych. Należą mi się publiczne przeprosiny. Chcesz mnie oceniać publicznie? Musisz mnie publicznie przeprosić - zaapelował do White'a.

To nie jest jednak wszystko, gdyż Woodley idzie znacznie dalej, wręcz strasząc swojego szefa. - Byłem wzorem tej organizacji. Zawsze wywiązuję się ze swoich obowiązków. Za słowem "biznes" stoi "człowiek". Musisz być człowiekiem, więc jesteś mi dłużny publiczne przeprosiny. A jeśli nie, to ujawnię takie brudy, których ludzie nie chcieliby usłyszeć. Nie żartuję. Dobrze wie, o czym mówię - wyznał.