W jaki sposób możemy ścigać piłkarską Europę? Tylko poprzez zmniejszenie dystansu finansowego. Przełożenie jest proste. Jeśli nasze kluby są tylko trochę biedniejsze niż te, które znajdują się, powiedzmy, wśród europejskich średniaków, to także sportowo będziemy tylko trochę słabsi. Skoro widać wyraźnie, że wielki biznes do polskich klubów nie lgnie ( nie słychać ostatnio ani o amerykańskich, ani o arabskich, ani chińskich, ani rosyjskich potentatach, którzy mieliby kaprys coś u nas w futbol zainwestować), to jedyną drogą jest skorzystanie z prostej w sumie ścieżki awansu do Ligi Mistrzów. I systematyczne kasowanie po 25 mln euro za awans do fazy grupowej. Dwa, trzy takie awanse dla naszego mistrza plus wpływy z transferów i klub wzbija się na ten średni europejski pułap, a w skali kraju jest niedościgniony na lata.

Nazywajmy sprawy po imieniu: panowie piłkarze przechlapali właśnie szansę na 25 mln euro! Przechlapali, a nie po prostu przegrali, bo na drodze nie stanął im mistrz Anglii czy Niemiec, ale dzielni Kazachowie. Wcale nie bogatsi, wcale bardziej wartościowi, wcale nie lepiej opłacani. Wmawianie, że futbol w Kazachstanie czy Azerbejdżanie po łomocie jaki dostał wicemistrz Polski od Gabali to dziś europejskie Himalaje jest wciskaniem ludziom kitu.

W ubiegłym roku po fartownym dwumeczu z półamatorami z Dundalk do Ligi Mistrzów udało się wepchnąć i jeszcze skończyć z podniesioną głową dzięki remisowi w Realem i zwycięstwu nad Sportingiem. Przy Łazienkowskiej tak się od tego nadmiaru szczęścia (pieniędzy) zagotowało, że dziś nie ma już tych pieniędzy wcale. Rozeszły się. Wypada wierzyć właścicielowi Dariuszowi Mioduskiemu, który mówił, że kasa jest pusta, a brak awansu do LM to może być finansowa katastrofa (pensje i liczba piłkarzy na wygórowanych kontraktach powodują zawrót głowy).

Widać to też po tzw wzmocnieniach. Choć wszyscy wiedzieli, że właśnie teraz latem jest kluczowy moment sezonu (bo przecież nie wiosna przyszłego roku, kiedy będzie się toczyć walka słabych ze słabszymi o lokalne mistrzostwo) to trzeba było jakoś się do tego przygotować. Ściągnięto Portugalczyka z nadwagą, nienadającego się do gry kolegę Del Piero, który przegrał rywalizację z 18-latkiem, reprezentanta Polski, którego chyba nie chciał trener, bo w najważniejszym meczu usiadł na ławce rezerwowych i dopiero dochodzącego do formy Albańczyka.

Używając przenośni, to było jak zlekceważenie przeciwnika. Komuś się wydawało, że na pozorowanych ruchach transferowych znów uda się jakimś cudem wejść do elity. Oczywiście pewnie po części powodem takiej amatorki w polityce personalnej była wspominana pusta kasa. Ale trzeba było o tych eliminacjach myśleć poważnie dużo wcześniej, a nie liczyć, że jakoś to będzie.

Teraz jest oczywiste, że Legia aby nie stanąć na krawędzie bankructwa musi zacząć błyskawicznie schodzić z kosztów, czyli mówiąc wprost sprzedać kilku podstawowych zawodników. I szczerze mówiąc wcale bym po nich nie płakał. Skoro w takim meczu z takim rywalem, przed własną wspaniałą publicznością nie byli oni w stanie choćby kilku podań bez przyjmowania piłki to kogo tu żałować? Podobny wynik w dwumeczu z Astaną daliby radę wykręcić także tańsi rezerwowi.