Jego zdaniem ogromny postęp medycyny sportowej sprawił, iż w znacznej mierze pomaga ona osiągać zawodnikom lepsze niż kiedyś wyniki.

- Medycyna i fizjologia wykonały w ostatnim półwieczu daleki skok. Teraz jest to zupełnie inny świat. Oczywiście, przede wszystkim liczy się talent i praca, ale opieka medyczna ma wielki udział w rekordach i medalach w największych zawodach. Gdybym urodził się później, stać by mnie było na rezultat około minuty 44 sekund – podkreślił były lekkoatleta Górnika Wałbrzych, mieszkający w Kowarach.

Porównując miniony okres z obecnym, podał przykładowe liczby, które obrazują postęp. - Za moich czasów świadectwem dobrej odnowy biologicznej był jeden masażysta opiekujący się 15 biegaczami. Na igrzyskach w Monachium cała polska ekipa miała... trzech masażystów.

Istotne są też inne czynniki postępu w medycynie sportowej. - Zawodnik jest pod stałą kontrolą. Zaraz po treningu znane są wyniki np. badań krwi, stężenia zakwaszenia itp., które decydują o właściwej regeneracji organizmu. Dawniej w wielu przypadkach działano "na nosa", co często kończyło się kontuzjami. Takie badania, jak tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny, umożliwiają szybką diagnozę, a fizjoterapeuci dokonują wręcz cudów - powiedział urodzony w Świdnicy olimpijczyk.

Jeśli chodzi o metodykę treningów średniodystansowców, zdaniem Kupczyka w ostatnich dziesięcioleciach niewiele się zmieniła, zwiększyła się natomiast intensywność ćwiczeń.

- Bardzo dużo biegałem w lesie. Bezpośredni kontakt zawodnika z przyrodą trenerzy uznawali w przygotowaniach do startu za sprawę szczególnie ważną – wspomniał.

Poza tym wskazał na walory racjonalnego odżywiania, o których dawniej wiedziano znacznie mniej.

- Radykalnie zmieniły się metody wspomagania organizmu, umożliwiające jego szybszą regenerację oraz monitorowanie medyczne zawodników podczas okresu przygotowawczego. Wiem to z obserwacji kadrowiczów, m.in. podczas zgrupowań w Spale. Poza tym obecnie średniodystansowcy startują częściej niż kiedyś – zauważył.

Mimo to do igrzysk w Rio de Janeiro był ostatnim polskim średniodystansowcem, który wystąpił w olimpijskim finale.

- Mieliśmy świetnych biegaczy, jak Ryszard Ostrowski czy Paweł Czapiewski, należących do najlepszych na świecie, ale znaleźć się w ostatecznej rozgrywce igrzysk udało się dopiero 44 lata po moim starcie w Monachium Marcinowi Lewandowskiemu - przypomniał.

Jak ocenia szanse Kszczota? - Adama stać nawet na złoto, a jego miejsce na podium wydaje mi się pewne. Jest w bardzo dobrej formie. Myślę, że zaatakuje na ostatnich 200 metrach i szybko zyska 3-4 metry przewagi. Gdy go oglądam, przypomina mi się moja kariera. Też lubiłem początkowo trzymać się z tyłu i gwałtownie przyspieszać w końcówce, co później popisowo prezentował Czapiewski – powiedział Kupczyk.

W swoim najlepszym okresie wygrywał na mityngach halowych w Filadelfii, Bostonie, Los Angeles, w nowojorskiej Madison Square Garden. W San Diego wyrównał rekord świata na 1000 jardów. Zwyciężał również na stadionach, pokonując m.in. medalistów olimpijskich. W finale igrzysk w Monachium był siódmy.

- Wystartowałem po dziesięciu dniach osłabiony gorączką i lekami podczas wyjątkowo zjadliwej anginy, wywołanej... łakomstwem. Po prostu objadłem się lodami – wspomniał.