Swoją wypowiedzią nawiązał jednak do igrzysk w Rio de Janeiro. Przed rokiem w Brazylii też był bowiem faworytem, a wrócił z pustymi rękoma. Nie wszedł nawet do finału i bardzo to przeżył. - To już za mną – podkreśla na każdym kroku.

 

W piątek w Londynie po tytuł wystarczyło rzucić 79,81. To najsłabszy wynik złotego medalisty w historii mistrzostw świata. - Starałem się rzucić 80 m, ale to koło jest strasznie oporne, nie chciało się szybciej zakręcić nogami. W ostatnim próbie złapały mnie jeszcze skurcze. Byłem już tak rozkojarzony, puściło napięcie i jeszcze łydki zaczęły szarpać, więc nawet sobie odpuściłem – przyznał.

 

To, że koło nad Tamizą jest tępe mówili wszyscy. Ale Fajdek miał wrażenie, jakby tarł gumę o gumę. Dlatego też stawały nogi, a młot leciał bardziej w lewo. - Ale ja sobie poradziłem i w końcu wróciłem na odpowiednie miejsce – dodał. Myśli już o kolejnych mistrzostwach świata. Te za dwa lata odbędą się w Dausze.

 

Trzeba robić historię – powiedział i przyznał, że na razie brakuje mu tylko medali olimpijskich. Do ich zdobycia podchodził dwa razy – w 2012 roku w Londynie spalił trzy próby, przed rokiem w Rio de Janeiro odpadł w eliminacjach po fatalnych rzutach.

 

Mam nadzieję, że pojadę jeszcze na trzy igrzyska, więc spokojnie. Historia zna takich ludzi, którzy zdobyli wielokrotnie medale mistrzostw świata, a nie wywalczyli olimpijskich krążków. To nie jest nic strasznego, to jest sport. Oczywiście nie godzę się z tym, będę robić wszystko, żeby stanąć na podium igrzysk – zapewnił.

 

Przed ostatnią kolejką rzutów na czele był Fajdek, a tuż za nim plasował się Wojciech Nowicki. W tym momencie do toalety wyszedł pierwszy z nich. Gdy wrócił Nowicki (Podlasie Białystok) był… trzeci, bo przerzucił go Rosjanin startujący pod neutralną flagą Walery Pronkin. - Wchodzę na stadion, patrzę, Wojtek jest trzeci. Bardzo mi się to nie spodobało. Okrzyczałem go, ale niestety nie przyniosło efektu. Obiecuję, że na następnych mistrzostwach już nie pójdę siku, bo wszystko mnie ominęło, jak na walce Andrzeja Gołoty - żartował.

 

Po ostatniej próbie Fajdek położył się w kole. Jak przyznał, nie planował tego wcześniej, ale łapały go skurcze, dlatego: „postanowiłem, że odpocznę”. Przed niemal każdym rzutem zawodnik Agrosu Zamość klękał przy murawie i o trawę wycierał dłonie. - Jak pada deszcz, to uchwyt mam super, jak jest sucho, moje palce zaczynają się nieodpowiednio pocić i muszę je wycierać. Wtedy mam super tarcie na rękawicy. To mi pozwala wygrywać zawody - przyznał.

 

Po konkursie czekała go masa wywiadów, kontrola antydopingowa i powrót do hotelu. Tam czekała już na niego rodzina. - Pewnie nie będę mógł zasnąć i zrobię małe show w pokoju – śmiał się.

 

Na trybunach zabrakło jedynie jego partnerki Sandry oraz córki. - Gdyby były, to byłby dla mnie za duży stres. Wolałem, żeby córeczka była bezpieczna w domu. Dobrze wyszło - uznał. Kolejny start Fajdek ma zaplanowany 15 sierpnia w Memoriale Kamili Skolimowskiej w Warszawie i zapowiedział, że postara się na PGE Narodowym poprawić własny rekord Polski.

 

Polacy w dorobku mają sześć medali. Wcześniej – także w rzucie młotem – złoto wywalczyła Anita Włodarczyk i brąz Malwina Kopron. Z kolei srebrne – w biegu na 800 m Adam Kszczot i w skoku o tyczce Piotr Lisek.