Wygrany mecz z Serbią 3:0 tylko utwierdził wszystkich w przekonaniu, że te mistrzostwa będą naszymi mistrzostwami. I dzięki tej inauguracji faktycznie mówił o nich cały świat.

 

Ktoś, kto zawodowo - i kibicowsko pewnie też - uczestniczył w tamtym wydarzeniu, przeżywa dziś pewnie małe deja vu. Tylko podniecenie jest odrobinę mniejsze niż wówczas, gdyż trzy lata temu przed meczem na Narodowym było wiele znaków zapytania i dużo więcej niepewności związanych z organizacją tak ogromnego przedsięwzięcia. Nikt, absolutnie nikt nie dawał stuprocentowej gwarancji, że wszystko uda się tak, jak sobie to organizatorzy zaplanowali. Dziś jest zupełnie inaczej. Pewność, że wszystko się uda jest niemalże stuprocentowa. Najwięcej niepewności i pytań dotyczy natomiast naszej drużyny.

 

Od meczu z Serbią będzie zależało naprawdę dużo, może nie wszystko, ale bardzo dużo. Zwycięstwo, obojętnie w jakim stosunku, otwiera drzwi do ćwierćfinału turnieju. To nie jest tak, że - jak to mawia trener Ireneusz Mazur - po Finach i Estończykach będzie można przejść "gołą stopą". Niemniej wygrana na inaugurację, w takim meczu, na takim stadionie, przed taką widownią, może bardzo pozytywnie nakręcić zespół, dokładnie tak jak to miało miejsce trzy lata temu. Tyle tylko, że wtedy - pod względem tylko i wyłącznie sportowym - ten stadion był naszym ogromnym atutem. Dziś jest nieco inaczej, bo na pamiętnym mundialu cały mecz na Narodowym w naszych barwach rozegrał tylko libero Paweł Zatorski. Na zmiany wchodzili Fabian Drzyzga i Dawid Konarski, z kwadratu przyglądali się rywalizacji Rafał Buszek i Michał Kubiak. W obecnej ekipie Serbów jest dwa razy więcej siatkarzy, którzy mają doświadczenia z Narodowego, a niemal wszyscy z gry na stadionie, bo przecież w tym roku zagrali na piłkarskim obiekcie w finale Ligi Światowej w Brazylii.

 

Nasza reprezentacja ma różne doświadczenia z gry na mistrzowskich turniejach organizowanych w Polsce. Wygrane mistrzostwo świata to zdecydowanie najpiękniejsze i najwspanialsze. No ale były też finały Ligi Światowej - umówmy się, poza tym w Gdańsku - raczej średnio udane, czy Mistrzostwa Europy z 2013 roku, których byliśmy współorganizatorem wspólnie z duńską federacją. Wtedy pożegnaliśmy się z turniejem w ćwierćfinale przegrywając w Gdańsku z Bułgarią. Ten mecz "zabił" całą imprezę, bo choć na finałowy weekend do Kopenhagi wybrało się kilka tysięcy Polaków, to atmosfera na ParkenArenie była absolutnie niepolska. No, ale być nie mogła, bo jak tu świętować na trybunach, kiedy na boisku w jednym półfinale grają ze sobą Włosi z Serbami, a w drugim Rosjanie z Bułgarami. O tym drugim meczu ktoś zresztą powiedział, że była to pokuta dla całego siatkarskiego środowiska za zaprzepaszczenie szansy grania o medal.

 

W naszym kraju organizowaliśmy jeszcze jedne mistrzostwa kontynentu. Mistrzostwa pań w 2009 roku w Łodzi. Życzyłbym sobie, żeby tegoroczne, które rozpoczynają się na Narodowym były właśnie takie jak te łódzkie z udziałem siatkarek. Z taką samą dawką emocji, dramaturgii i zakończonych medalem naszej drużyny, obojętnie jakiego koloru. Może być brązowy jak wtedy, ważne, aby zagrać podczas finałowego weekendu w Krakowie. Tego sobie życzmy! Po medal panowie, po medal!