W Teterow brakowało fascynujących wyścigów, gdyż niebiosa obraziły się na przytulne niemieckie miasteczko. W piątek padało tak obficie, że organizatorzy odwołali oficjalny trening przed Speedway Grand Prix. Kiedy już uporano się z kaprysami aury, okazało się, że tor nie sprzyja walce. Chłopcy walczyli o jak najlepszy moment startowy, starali się błysnąć refleksem, więc nagminnie dochodziło do kradzieży. Boleśnie przekonał się o tym wrocławianin Maciej „Magic” Janowski, który najpierw otrzymał ostrzeżenie, a następnie został wykluczony za próbę startu na dwa razy. Piekielnie trudno było przeprowadzić sensowną akcję na dystansie, bo ścieżki na torze w Teterow nie pozostawiały szerokiego wachlarza możliwości.

W ekstremalnych warunkach znakomicie odnaleźli się dwaj Australijczycy, którzy na własnym podwórku w Broken Hill, Alice Springs, Undera Park, Kurri Kurri czy Gosford, walczą na dziurach i przyczepnych nawierzchniach, które zwykłego śmiertelnika przyprawiają o zawrót głowy. W finale kangurom zabrakło atutów w postaci skutecznego pola startowego, więc Jason Kevin Doyle i Chris Holder przyjechali odpowiednio na trzecim i czwartym miejscu. Nie zmienia to faktu, że obaj spisali się rewelacyjnie. Nijak to się ma do rezygnacji Chrisa Holdera ze startów na nierównej i błotnistej mazi w angielskim King’s Lynn przy Saddlebow Road, ale widać świat wyścigów zdziwaczał już na tyle, że w lidze nie warto łamać kości i narażać ciała na szwank, a w Speedway Grand Prix można ryzykować… Romantycy pożegnali ten padół wraz ze śmiercią Neila Streeta…

Zagar walczy o pierwszą ósemkę

Matej Zagar, Słoweniec z krwi i kości, zasmakował już podium w tegorocznej walce o tytuł indywidualnego mistrza świata. Zajął trzecie miejsce w walijskim Cardiff. Matej to impulsywny jegomość, którego dobijała wszechogarniająca polska presja panująca w Staleczce Gorzów Wielkopolski. Kiedy zmienił klimat na bliższy jasnogórskiemu klasztorowi, spostrzegł, że można bawić się kolorami życia niczym Pablo Picasso paletą barw…

W Częstochowie odzyskał jasność umysłu, zaczął odnajdywać radość z jazdy, a że sezon ligowy dla Włókniarza już się zakończył, przeto Matej ma jeszcze więcej czasu, aby zregenerować się i przygotować się do najważniejszych imprez międzynarodowych. W Teterow mądre rady Krzysztofa Kozaryna doprowadziły Mateja na szczyt. 15 punktów zdobytych w Niemczech przesunęło Zagara bliżej granicy wiecznego śniegu, ale Słoweniec wciąż znajduje się pod kreską. Zajmuje dziewiąte miejsce ze stratą 7 oczek do Słowaka Martina Vaculika, który na trudnym torze radził sobie nadspodziewanie dobrze i zajął drugą pozycję.
 
Zagar to wielki fan trzykrotnego króla F1, tragicznie zmarłego Brazylijczyka Ayrtona Senny. Krzysztof Kozaryn, mentor i przyjaciel Słoweńca, został zaproszony przez Grega Hancocka na galę FIM w Berlinie w listopadzie ubiegłego roku. Kozaryn ma oczy szeroko otwarte na wszystko co nowe i rozwojowe w świecie motoryzacji, więc skwapliwie skorzystał z zaproszenia wystosowanego przez Kalifornijczyka. Chłonął wiedzę, która pozornie jest bezużyteczna dla żużlowca, ale… Mądra i otwarta czaszka plus oczy szeroko zamknięte jak u Stanleya Kubricka to recepta na życie pełnymi garściami. Zagar miał prawo kląć na czym świat stoi po GP na PGE Narodowym w Warszawie, gdzie w maju uzbierał jeden okrągły punkcik, ale nauczył się cierpliwości i pojął, że jedna katastrofa nie oznacza, że należy chować się do trumny.

Właśnie, do coffin, czyli triku we freestyle motocrossie, który wygląda jakby zawodnik układał się pod kształt gwoździa, aby zastygnąć w drewnianym schowku, niewiele Matejowi brakowało. Wykonał swój ulubiony przejazd po zwycięstwie w wyścigu finałowym, rozkraczył nogi w powietrzu jakby czynił bar hopa, ale po prawdzie był to zalążek ewolucji pt. coffin. Trumna póki co spoczywa daleko od Słoweńca, gdyż awans do cyklu SGP’2018 wydaje się coraz bardziej realny.

A może na Słoweńca mobilizująco podziałała zakulisowa informacja o tym, że kandydatami do stałych dzikich kart na następny sezon są Greg Hancock i Chris Holder. Matej woli nie liczyć na łaskę losu (FIM oraz BSI) i preferuje sportowe rozwiązania. Do pełni szczęścia pozostały mu trzy rundy, w tym dwie na torach czasowych, które on, miłośnik przyrody i priapizmu miłuje ponad stan. Matej wygrywał na układanym fińskim torze w Tampere (nie mogliby chłopcy ścigać się w Seinajoki?), zwyciężył w Warszawie, więc leżą mu czasowe zabawki. Wygrał też w Gorzowie, ale ta runda mistrzostw świata już poza nami… A Sztokholm i Melbourne słyną z ciekawie wyprofilowanych wiraży, więc Matej ma prawo wierzyć, że utrzyma się w mistrzowskim cyklu dzięki sile własnych mięśni i mocy silników…

Doyley nie lubi latać samolotami. Mógłby podać rękę Dennisowi Bergkampowi, holenderskiemu futboliście, ale nawet niechęć do awiacji, nie odwiedzie go od walki o mistrzostwo świata. W czym rzecz? Otóż przed laty Darcy Ward marudził, że nie ma ochoty lecieć na kolację do kasyna w Estoril z Australii, aby odebrać złoty krążek za mistrzostwo świata. Doyley nie mógł latać po dzwonie podczas ubiegłorocznej GP w Toruniu, bo płuca ucierpiałyby okrutnie, więc teraz ma prawo odczuwać głód spaceru pod chmurami. Szkopuł w tym, że gdy jesień zawita na żużlowe tory, trzeba będzie obrać kurs na Melbourne. Szkoda wracać znad pięknej rzeki Yarra, aby wylądować w zaśnieżonej Andorze na gali FIM, ale Jason tyle poświęcił dla walki o mistrzostwo świata, że dwa loty na karkołomnej trasie nie nadwątlą jego sił w znaczący sposób…

Polska husaria nie zawojowała Niemiec. Patryk Dudek jako jedyny przedarł się do półfinałów, ale nie odczarował czwartego pola. Janoś, Zmarzlik i Piter Pawlicki chcą szybko zapomnieć o Teterow. O niebo wyższe noty zebrali inni Słowianie: ukraiński sędzia, który prowadził GP Niemiec i speedwayowy cyrk podczas The World Games – Aleksandr Latosiński oraz prezydent jury Piotr Szymański. I słusznie. Czasami pięknie odziani panowie powinni stanowić o sile żużla, a nie tylko ciężko pracujący i łamiący kości żużlowcy…