Piłka nożna

Hoenessa bardziej martwi forma sportowa niż...

Wprawdzie przybędzie mu milionów euro na koncie, może zrealizuje swoje marzenie o grze w Realu Madryt, ale pozostanie niewiarygodnym partnerem, który przebiegle postawił swój interes nad elementarną lojalność wobec grupy, której wiele zawdzięcza.

 

Przez ostatnie dni Lewandowski i jego wywiad dla „Der Spiegel” zdystansował w przekazie nawet huragan Irma, ale może są jeszcze tacy, którzy nie wiedzą, w czym rzecz. W żołnierskich słowach kapitan reprezentacji Polski zarzucił swoim przełożonym w klubie skąpstwo, brak koncepcji na rozwój klubu i osiąganie sukcesów, a domagając się transferów za grube miliony między wierszami, powątpiewa również w możliwości kolegów z drużyny. Zresztą nie pierwszy raz, bo na finiszu poprzedniego sezonu oskarżył partnerów z drużyny o niewystarczającą pomoc w zdobyciu korony króla strzelców Bundesligi.

 

Wywiad ten niektórzy uznają z aprobatą za wpisanie się w popularny ostatnio nurt „nie będzie Niemiec mówił, co mamy robić”. Inni traktują jako próbę przekonania przełożonych do transferu. Jest jednak grupa, która uważa zachowanie Polaka za nieeleganckie, na pewno nie licujące z obrazem zawodowca, który stał się symbolem profesjonalizmu w futbolu.

 

Lewandowski sam wpadł w pułapkę, którą zastawił. Jeśli rzeczywiście myśli, że Bayern dla osiągnięcia sukcesów powinien sprowadzać gwiazdy na grube dziesiątki milionów, on sam nigdy nie miałby prawa w tym Bayernie się znaleźć, bo przecież przechodził z Borussii za darmo, a jego status jako gwiazdy był wiele niższy. Sprzeczności jest w tym wywiadzie kilka, ale zakładam, że kapitanem naszej kadry kierowała zaoczna frustracja, że w tym roku znów nie uda się zaistnieć w Europie.

 

Nie wolno nikomu odmawiać marzeń. Być może rzeczywiście Bayern okazuje się dla Lewandowskiego zbyt ciasny, wizja uciekającego czasu i ewentualnego transferu do Hiszpanii coraz bardziej determinuje do zdecydowanych wyborów, ale pamiętajmy, że to sam piłkarz i jego doradcy są kowalem tego futbolowego losu. Losu pisanego dotychczas modelową wręcz karierą, w której wszystko ma swój czas i miejsce. Jej elementem było przedłużenie kontraktu z Bayernem, gdzie podczas negocjacji mógł Lewandowski poprosić o klauzulę odstępnego lub nawet odmówić przedłużenia umowy.

 

Zdecydował się jednak kontrakt prolongować, domyślam się, że na satysfakcjonujących warunkach (według szacunków między 17 a 21 mln euro rocznie). Zgodził się więc, że dla Bayernu pracuje, Bayernowi ufa, a ewentualny transfer jest wynikiem porozumienia, a nie szantażu. Polakowi przestało się podobać dość szybko. Pytanie tylko dlaczego i w czyim interesie.

 

Ripostujący w poniedziałek w „Bildzie” Karl Heinz Rummenigge, jedna z najważniejszych postaci w Bayernie, nie ma wątpliwości, że to prowokacja ze strony menedżera piłkarza Maika Barthela, która obliczona jest na przyszły transfer do Hiszpanii. Słowa „jego rzekomo wymarzony Real Madryt…” świadczą najlepiej, że Rummenigge wie, co w trawie piszczy. Pytanie tylko, co dalej, bo polityka Bayernu jest dość uporządkowana i nie ma w niej miejsca na takie występki. Jeśli tę grę rzeczywiście sufluje Lewandowskiemu jego agent, mam wątpliwości, czy prowadzi go drogą, która służy piłkarzowi, czy samemu Barthelowi, któremu na rękę byłby kolejny transfer i prowizje. Przypomnijmy jednak, że właśnie zamknęło się okno transferowe, a w Bundeslidze rozegrano dopiero trzecią kolejkę. Przed Lewandowskim i Bayernem pozostało więc wiele miesięcy wspólnej pracy w atmosferze mocno zgęstniałej. Nie mam wątpliwości, że do konsensusu będzie bardzo daleko, skoro Rummenigge już teraz mówi na poważnie, że kto podnosi rękę na Bayern, będzie miał z nim do czynienia.

 

Ktoś powie, że nasz piłkarz niczego nie traci (najwyżej kilkadziesiąt tysięcy euro kary), może tylko zyskać, budując jeszcze bardziej swoją pozycję w silnym europejskim klubie. Przykro mi, ale nie mam poczucia dumy z wywiadu Lewandowskiego, ponieważ wątpię, by w jego słowach wybrzmiewała autentyczna troska o swoje miejsce pracy. Jeśli to gra obliczona na transfer, a okaże się już wkrótce, Lewandowski zapewne więcej straci niż zyska. Wprawdzie przybędzie mu milionów euro na koncie, może zrealizuje swoje marzenie o grze w Realu, ale pozostanie niewiarygodnym partnerem, który przebiegle postawił swój interes nad elementarną lojalność wobec grupy, której wiele zawdzięcza. I nie mamy też gwarancji, że kiedyś nie przeniesie kanonu, w myśl którego obecnie postępuje, na grunt reprezentacji. Teraz już trudno dać głowę, że dla największej gwiazdy polskiej piłki trener Adam Nawałka nie okaże się wkrótce gościem bez kompetencji, koledzy z drużyny bandą nieudaczników, a prezes PZPN Zbigniew Boniek zarządcą bez wizji. Zresztą w przypadku selekcjonera już raz tak się stało, kiedy po Euro 2012 Lewandowski wylał publicznie wszystkie pretensje pod adresem Franciszka Smudy. Słusznie czy niesłusznie, niesmak pozostał.