Autorytety się puszą, eksperci przeprowadzają analizy i próbują czytać między wierszami. Można się nawet pochylić nad tematem socjologicznie i zastanowić ilu jest naszych rodaków, których słowa rzucone w przestrzeń publiczną ważą aż tak wiele.


A co jeśli nie ma w tych wypowiedziach żadnego drugiego dna? Słyszałem tysiące różnych wypowiedzi piłkarzy, którzy mówili mniej lub bardziej ciekawie (najczęściej mniej). I regułą zawsze było to, że te najbardziej logiczne wywody padały z ust rutyniarzy, graczy pewnych siebie, mających swoją pozycją, po prostu nie bojących się własnego cienia, jednym słowem - dojrzałych.

Ani się obejrzeliśmy, a Robert taki się właśnie zrobił. Niebawem przekroczy trzydziestkę, w ojczyźnie uchodzi za bohatera narodowego, na całym świecie jest idolem młodzieży, wszędzie już był, wszystko widział, zarobił tyle, że jego prawnuki powinny mieć finansowy spokój. Kto ma sobie pozwolić na szczere wypowiedzi?

W moim odczuciu Robert w wywiadzie dla „Der Spiegel” absolutnie nie kalkulował. Był po prostu szczery. Jednocześnie odsłonił się jak nigdy wcześniej. Przecież on ni mniej ni więcej tłumaczył, że we współczesnym futbolu wszystko zależne jest od pieniędzy i one przesłaniają dosłownie całą resztę. I nie mówił tego z jakimś żalem, ale przedstawiał sprawy tak, jak się w jego odczuciu mają. 

„Przestańmy w końcu piłkę zasypywać takimi emocjonalnymi hasłami” - odpowiedział na sugestię dziennika, że transfery Dembele, Mbappe, Coutinho mogą świadczyć o tym, że lojalność wobec klubu nie znaczy już nic. 

„Lojalność to piękne słowo, zwłaszcza w życiu codziennym. Ale w sporcie na najwyższym poziomie liczą się inne rzeczy - pieniądze i sukces. I to one decydują o transferze, nic innego - dowodził „Lewy”.

I choć uwielbiam Roberta, jak każdy Polak, a do tego cenię naszą relację: reporter - zawodnik, bo przez lata wielokrotnie ciekawie rozmawialiśmy, to oczywiście w tej kwestii fundamentalnie się z nim nie zgadzam. Wystarczy zajrzeć do słownika: lojalność to powinność nienaruszania zaufania, jakim obdarzają nas inni i wywiązywania się z podjętych zobowiązań - definiuje termin profesor Piotr Sztompka. 

Nie ma nic na temat tego, że definicja nie dotyczy działań w sferze zawodowej piłki nożnej…

Daleki jestem oczywiście od tego, aby bronić niemieckich bonzów z FC Bayern, którym nie podoba się, że polski zawodnik potrafi otworzyć usta nie tylko po to, aby ich wychwalać.

Odrzucając jednak szlachetne wartości i podchodząc do sprawy cynicznie, tak jak widzi to Robert Lewandowski to dziwię się, że zawodnik nie poszedł nawet o krok dalej i nie wystąpił w tym wywiadzie o… podwyżkę.

Bo skoro nie liczy się przywiązanie do barw klubowych, lojalność i tym podobne pierdoły, to rozmawiajmy wprost o pieniądzach. Nie jest żadną tajemnicą, że Robert od jakiegoś czasu nie jest zadowolony z pobytu w Monachium. Cały czas miał z tyłu głowy możliwy transfer do Realu Madryt. Chciał do niego odejść z przyczyn sportowych, ale też co wyraźnie widać po wywiadzie w niemieckim tygodniku - finansowych. W Bayernie może zarobić około 20 milionów za sezon, w Hiszpanii śmiało mógłby skasować o pięć więcej. Jeśli ktoś myśli, że dla kogoś tak majętnego głupie pięć milionów nie robi różnicy to… jest w błędzie.

System wartości polegający jedynie na zasobności portfela wręcz wymusza dążenie do nich za wszelką cenę. Z takiego puntu widzenia, nasz as po prostu innego wyjścia nie ma. 

Powstaje jednak pytanie czy Real wciąż jest zainteresowany Polakiem tak jak był jeszcze rok temu. Transfer 30-latka wraz z pięcioletnim powiedzmy kontraktem następnego lata kosztowałby Real lekko licząc 200 mln euro (obecnie Roberta wycenia się na 80 mln euro). Wcale nie jest pewne, że „Królewscy” nie woleliby zapłacić ponad 100 mln np, za jakiegoś 23-latka, który zadowoliłby się mniejszą pensją.

Wydaje się, że w tym momencie temat mógłby powrócić, gdyby Polak znów taka jak w czasach Borussii Dortmund zachwycił czymś Madryt, rozkochał czymś spektakularnym jak wtedy, kiedy wbijał cztery gole Realowi. Nie jestem jednak przekonany czy koledzy z FC Bayern będą chcieli wypruwać flaki, aby mu w tym pomóc. Lojalność przecież w piłce nie istnieje...