Te słowa Gołowkina pojawiły się w wyjątkowym wyznaniu opublkowanym na łamach „The Players Tribune”. Jeśli macie przeczytać tylko jeden artykuł o tym, jak powstaje wielki pięściarz, to przeczytajcie opisaną  własnym słowami historię Giennadija Gołowkina.

Wspomnienia, część 1: Karaganda, bracia i wołowina

„Wspomnienia są dobre i złe. Do niektórych nie chce się wracać. Są też te wczesne, odległe, ale doskonale zapamiętane. Moje pierwsze pochodzą z czasów, kiedy miałem 5 lat. Z mojego miasta w Kazachstanie, Karagandy. Nie takie wielkie, zupełnie nie jak Nowy Jork. To byly proste czasy, dobre wspomnienia. Chodziłem do przedszkola, miałem przyjaciół. Lubiłem szkołę. Mama pracowała w laboratorium. Mądra kobieta. Czasami zabierała mnie ze sobą, ale zawsze mówiła, żebym niczego nie dotykał.  Ojciec pracował w kopalni, ale nigdy mnie nie zabierał ze sobą do pracy. „To zbyt niebezpieczne” – mówił.  Kilka razy widziałem jak wychodził z kopalni, cały pokryty pyłem węglowym. Pamiętam jak błyszczały mu się oczy.
Mam brata-bliźniaka – Maxima. I dwóch starszych braci – Vadima i Siergieja. Oni byli moimi szefami. Czuliśmy przed nimi respekt bo byli więksi, ale też dlatego, że trzymali wszystko w ręku. Nigdy nie mówiliśmy im „nie”. Tylko słuchaliśmy, co każą nam robić. To były dla nas wszystkich dobre czasy. Z tamtych czasów pamiętam jeszcze wołowinę. Jej zapach. Jak dorastałem, to u nas zawsze była wołowina na kolację. Każdego dnia.
To była moja ulubiona potrawa,  w Kazachstanie praktycznie potrawa  narodowa.  Wszyscy zawsze jedli wołowinę. Jej zapach zawsze wypełniał nasze mieszkanie”.
 
Wspomnienia, część 2: piłka nożna, później boks, upadek

„Kiedy nie byłem w domu, zawsze grałem w piłkę nożną. Byłem na obozie sportowym, na którym graliśmy w piłkę cały dzień. Z wyjątkiem tego jednego dnia, kiedy trener powiedział: „OK, może dziś spróbujemy boks”. Byłem drobnym chłopcem, nigdy nie byłem na ringu. Miałem w domu rękawice, bo każdy chłopak w Kazachstanie je miał.
Chłopaki zawsze się wygłupiali, robili jakieś walki, ale ja chciałem grać w piłkę.  Kochałem ten sport.  Ale Siergiej i Vadim powiedzieli, że mam być aktywny, próbować innych sportów. Znali boks, uważali, ze ten sport będzie dla mnie dobry. Przecież nie mogłem im powiedzieć nie, więc tylko przytaknąłem głową. Następnego dnia powiedzieli, że idę na trening. Poszedłem, ale mi się nie podobało. Kto lubi być bity po twarzy?
Ale to był łatwy sport. Rozumiałem go. I byłem szybko bardzo, bardzo dobry. Pamiętam, że jak tylko wszedłem do ringu, to wiedziałem co mam robić. Pamiętam pierwszy sparing. Było paru twardzieli, ale zupełnie się nie bałem, bo też byłem twardzielem. Siergiej i Vadim byli dla mnie wszystkim. Razem oglądaliśmy walki Mike Tysona, Muhammada Ali, Sugara Ray’a Leonarda, walki rosyjskich amatorów. Nawet jak jeszcze nie walczyłem, to lubiłem ich oglądać.  Zawsze rozmawialiśmy o walkach. „Widziałeś to? Widziałeś ten cios? Widziałeś co on zrobił?”.
I myślałem: on ma taki sam wzrost jak ja, jest praworęczny, jak ja. Szedłem do klubu, próbowałem ich naśladować. Max też czasami przychodził. Jestem 15 minut starszy, ale on jest mądrzejszy,  poważniejszy... Pamiętam,  jak wszystko się nagle zmieniło. Rozpadał się Związek Radziecki. Miałem 8 czy 9 lat – zamykano fabryki, nie było jedzenia. Nie mieliśmy już tak często wołowiny na kolację. Przez dwa lata... było naprawdę ciężko. Siergiej i Wadim poszli do wojska. I nigdy nie wrócili. Nie chcę tych wspomnień, nie chcę o tym mówić. (...)
Wspomnienia, część 3: Grecja, Niemcy, Kalifornia

Ciągle boksowałem, byłem coraz lepszy. Wygrywałem setki walk. Kiedy przyszło do głównej walki eliminacyjnej, decydującej o wyjeździe na olimpiadę 2004 roku w Atenach, mogliśmy wybierać,  kto będzie walczył – ja czy Max. „Jesteś starszy, dasz sobie radę”. Pojechałem na igrzyska, dopingował mnie tam ojciec. To było dla niego bardzo ważne. Doszedłem do finału, ale przegrałem, dostałem srebrny medal.
Kiedy wróciłem do Kazachstanu, ludzie mnie już rozpoznawali.  Przedtem też, ale uważali, że „jestem mały i mam szczeście”. Po Atenach już tak nie mówili. Dla mnie, miałem wtedy 22 lata, to był koniec kariery. W amatorstwie nie miałem już czego szukać, a w moim kraju nie mogłem zostać zawodowcem. Miałem tego dość, tej całej sportowej polityki. Skończyłem ze sportem, spotykałem się z przyjaciółmi. To były piękne czasy, dobre życie. Nie uważałem, że czegoś mi brakuje. Telefon dzwonil przez osiem czy dziewięć miesięcy. Z propozycjami z Kanady, z USA. Wszyscy chcieli, żebym walczył jako zawodowiec. (...)
W Niemczech było ciężko Kazachowi, bo Niemcy chcą oglądać Niemców. Promotorzy nie dawali mi mistrzowskich walk. Być może  byłem troszkę za groźny dla ich pięściarzy. Być może. A ja chciałem lepszych trenerów, lepszych walk, kontraktów. Wszystkiego.  Wyjechałem do Ameryki. Kiedy pierwszy raz jechałem do Big Bear, czułem się jak w domu. Takie same drzewa, góry, pogoda. Wszystko było takie same jak w Kazachstanie. Nowe, ale czułem się komfortowo. Nawet była restauracja, gdzie podawali dobrą wołowinę (do dziś zawsze stamtąd zamawiam).  Później spotkałem na sali Abela Sancheza. Zjedliśmy śniadanie, rozmawialiśmy. Był  bardzo poważny. Od razu wiedziałem, że zna się na boksie. Z Abelem jest tak,  jak było z Siergiejem i Vadimem: co powie, tak jest.
Ciągle nie kocham boksu. To mój zawód, moje życie. Lubię ten sport. Jak można kochać coś tak brutalnego? Pracuję ciężko, ale to łatwe pieniądze. Kocham moją ekipę, moje życie, żonę  Alinę, syna Vadima i moją nowo narodzoną córeczkę. Bycie ojcem jest trudniejsze od bycia bokserem. Kiedy kończy się walka, natychmist przestaję być GGG, jestem znowu Giennadijem”.